Władcy perwersji, wampirzyce oraz polski wilkołak! Odkrywamy ponurą historię hiszpańskiego kina grozy

2016-06-01 12:32

27 maja na polskie ekrany wszedł nowy horror producentów hitów „Obecność” i „[REC]” – „Summer Camp”. Historia wirusa, którego atak zamienia wakacyjny obóz w piekło na ziemi, przynosi „jeden z najinteligentniejszych horrorowych scenariuszy ostatnich lat” (Flickeringmyth) i skutecznie potwierdza renomę Hiszpanii na mapie światowego kina grozy! Więcej informacji o iberyjskim horrorze przynosi poniższa publikacja, w której nie zabraknie królów perwersji, wampirzyc-lesbijek, zmumifikowanych templariuszy, a nawet wilkołaka z polskim rodowodem! Odliczając dni do premiery „Summer Camp”, życzymy gęsiej skórki i „miłej” lektury.

Choć pierwszy hiszpański film grozy ujrzał światło dzienne w 1944 roku – mowa o „La Torre de los siete jorobados” w reżyserii Edgara Neville’a – to właściwy rozkwit gatunku datuje się na lata 60. XX wieku. Właśnie wtedy zadebiutował Jesús „Jess” Franco,asystent Orsona Wellesa. Skłoniony namowami twórcy „Obywatela Kane’a” sam stanął za kamerą i w 1962 roku wyreżyserował „Okropnego doktora Orloffa” – iberyjską odpowiedź na klasyczny francuski horror „Oczy bez twarzy” (reż. Georges Franju, 1960). Zachęcony sukcesem szybko stał się najpłodniejszym autorem w dziejach kina klasy B, tworząc tanie, acz niepozbawione artystycznych ambicji, obrazy przepełnione nagością, makabrą i złym smakiem.  Filmografię zmarłego w 2013 roku filmowca, który pozostawił po sobie ponad 200 produkcji (ostatnia nosi tytuł „Revenge of the Alligator Ladies”), zaludniają m.in. wampirzyce-lesbijki, seksualni dewianci, psychopaci czy kanibale. Warto odnotować, że reżyserowi udawało się wielokrotnie nakłonić do współpracy takie sławy jak Klaus Kinski, Christopher Lee czy piosenkarka Romina Power. Dziś kontrowersyjna twórczość Hiszpana jest obiektem niesłabnącego kultu, a gros jego filmów doczekało się starannych wydań i opracowań.

W ślady Franco poszli inni, z jednej strony zapatrzeni w dokonania studia Universal czy słynnej wytwórni Hammer, z drugiej zaś skuszeni wizją łatwego zarobku. W tym gronie znalazł się m.in. León Klimovsky, współtwórca argentyńskiej kinematografii, ale przede wszystkim reżyser przełomowego „Wilkołak kontra kobieta-wampir”. Obraz z 1971 roku na dobre rozpętał w Hiszpanii trwający kilkanaście lat renesans kina grozy, przy okazji kreując odtwórcę głównej roli, Paula Naschy’ego, na ikonę gatunku. To właśnie on przez kolejne lata będzie uznawany za twarz tamtejszego horroru, wcielając się w kolejne monstra, w tym Waldemara Daninsky’ego – wilkołaka polskiego pochodzenia, którego grał aż trzynaście razy!

Trudno także nie wspomnieć o Amando de Ossorio i jego tetralogii „Ślepa śmierć”. W zapoczątkowanej w 1972 roku serii zaproponował on jedną z najoryginalniejszych wariacji na temat motywu żywych trupów. Prześladowcami swoich bohaterów de Ossorio uczynił bowiem poruszających się konno zmumifikowanych templariuszy.  W zalewie niezliczonych filmów o zombie z tamtego okresu uwagę zwracają również świetnie zrealizowane „Żywe trupy w Manchester Morgue” Jorge’a Grau’a. Włosko-hiszpańską produkcję anonsowano jako „jeden z najlepszych horrorów o zombie w dziejach kina” i mimo upływu lat slogan ów nie stracił nic na aktualności. Jednocześnie rozgrywające się na angielskiej prowincji dzieło Graua idealnie obrazuje pragmatyzm tamtejszych filmowców. Miejscem akcji iberyjskich horrorów najczęściej nie wybierano Hiszpanii, w myśl przekonania, iż widzowie nie uwierzyliby, że do upiornych wydarzeń mogłoby dojść w ich kraju. Z podobnego założenia wyszedł Narciso Ibáñez Serrador, kręcąc bezkompromisowe „Czy zabiłbyś dziecko?” z 1976 roku. Rozgrywająca się na greckiej wysepce historia opowiada o turystach zmuszonych stawić czoło dzieciom, które wiedzione tajemniczym impulsem postanawiają wziąć krwawy odwet za krzywdy wyrządzone przez dorosłych. Serrador w mistrzowski sposób operuje duszną atmosferę osaczenia, a jego film niebezzasadnie uznawany jest za jedno z najwybitniejszych osiągnięć europejskiego horroru.  Koniec prosperity, której owocem były setki produkcji, powstałe również z myślą o rynkach zewnętrznych, nastał niespodziewanie wraz z początkiem lat 80. Ostatnim godnym wspomnienia tytułem jest przejmujące „W szklanej klatce” z 1986 roku, wyśmienicie sfotografowana opowieść o zemście na hitlerowskim zbrodniarzu autorstwa Agustína Villarongi, która w tym roku została przypomniana w ramach 66. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Berlinie.

Wprawdzie w latach 90.  premiery miało kilka udanych tytułów – m.in. łamiąca tabu „La Trilogia De La Muerte” Nacho Cerdy czy „Teza” Alejandro Amenábara – jednak prawdziwe odrodzenie, którego skutki odczuwamy do dziś, przyszło wraz z początkiem kolejnej dekady.  Do głosu doszło pokolenie twórców urodzonych w latach 60. i 70., wychowane na horrorach Franco czy Naschy’ego, mające jednak odmienną wizję gatunku.  Przełomowym okazał się rok 2001, kiedy na ekrany weszły kręcony pod Madrytem „Kręgosłup diabła” Guillermo del Toro oraz „Inni” wspomnianego Amenábara. Pierwszy to wieloznaczna historia wychowanków upiornego sierocińca z wojną domową w tle, zaś drugi jest przewrotną opowieścią o nawiedzonym domu, w którym przyszło zamieszkać Nicole Kidman. Oba filmy spotkały się z ciepłym przyjęciem i ponownie zwróciły oczy światowej widowni w stronę Półwyspu Iberyjskiego.  W kolejnych latach nastąpił istny wysyp kręconych tam horrorów, które z łatwością podbiły serca fanów mocnych wrażeń.  Mowa m.in. o obsypanym Oscarami „Labiryncie fauna” del Toro, „Sierocińcu” J.A. Bayony, „Oczach Julii” Guillema Moralesa czy „Ciemności” i „Delikatnej” w reżyserii Jaume’a Balaguera.  W kontekście specyfiki współczesnego hiszpańskiego horroru, nastawionego głównie na budowanie klimatu i unikanie dosłowności, warto zwrócić uwagę na ostatnie nazwisko. Bo choć wspomniane filmy Katalończyka wpisują się w baśniowo-metafizyczną estetykę, to już jego kolejne dokonania są propozycją dla widzów o zdecydowanie mocniejszych nerwach i… żołądkach.  Zapoczątkowany przez Balaguera w 2007 roku czteroczęściowy cykl „[REC]” brawurowo scalił stylistykę found footage z motywem morderczej epidemii. Połączenie kamery „z ręki”, scen jump scares oraz efektownego gore okazało się kluczem do ogólnoświatowej popularności. Do tego stopnia, że dziś śmiało możemy mówić o jednym z największych horrorowych fenomenów ostatnich lat.

Ojcem sukcesu „[REC]” jest również producent Alberto Marini, który branżowe doświadczenie zdobywał na planie takich obrazów jak głośny „Mechanik” (reż. Brad Anderson, 2004) z Christianem Balem czy „Beyond Re-Animator” (reż. Brian Yuzna, 2003),inspirowanego prozą H.P. Lovecrafta.  Mając na koncie pracę przy kilkudziesięciu produkcjach, filmowiec zdecydował się w końcu na reżyserski debiut. Jego „Summer Camp”, zrealizowany z pomocą Petera Safrana („Obecność”, „Annabelle”) opowiada o mrożących krew w żyłach perypetiach młodych obcokrajowców na hiszpańskiej prowincji. Swoim filmem Marini składa hołd nie tylko najlepszym tradycjom amerykańskiego kina grozy lat 70. i 80., ale równocześnie przypomina, że to właśnie europejscy twórcy horrorów – jego rodacy, Włosi czy Francuzi – w przeciwieństwie do kolegów zza oceanu w swojej twórczości rzadko kiedy szli na kompromisy.

Materiały: Kino Świat



Wpisz swoją opinię:

Przepisz tekst z obrazka: Obraz CAPTCHA
Podpis:
Opinie:
Ten artykuł nie posiada jeszcze żadnych opinii.