Sacrum Profanum nikomu się nie kłania

2019-09-19 19:00

Przez cztery tygodnie nagrywałem filmiki reklamujące festiwal Sacrum profanum, wcielając się przy tym w czarnego coacha. Czarny coach to postać, którą stworzyłem na potrzeby mediów społecznościowych, totalny nihilista i zachwycony sobą cynik. W każdym razie niezbyt przyjemny z niego gość. Pomyślałem sobie, że jeśli taki facet do czegoś zniechęca, to słuchacze poszukujący nowych dźwięków poczują się zachęceni do wzięcia udziału w tym festiwalu.

Sacrum Profanum jest spełnieniem moich marzeń z kilku różnych powodów. Odbywa się w Krakowie, w mieście gdzie się urodziłem, spędziłem młodość i wróciłem parę lat temu, na dobre i złe. Odkąd pamiętam, chciałem aby Kraków porzucił swoją muzealność. Odwrócił się od Piwnicy pod Baranami i ulicy Brackiej, napluł na Wyspiańskiego i pokazał środkowy palec wielkim pochowanym na Skałce. Jestem pewien, że taki Miłosz przyjąłby życzliwie ten rodzaj rebelii... Ten festiwal jest nowoczesny, nikomu się nie kłania, a zwłaszcza przeszłości. Odżywa w nim rebeliancka energia, której poszukiwałem, kiedy byłem młody.

Skoro już przy młodości, pamiętam doskonale czas muzycznych podziałów. Depesze napieprzali się z metalami. Kultura techno żywiołowo sprzeciwiła się muzyce gitarowej. O swoją samodzielną tożsamość walczyły też punki. Podziały przebiegały środowiskowo, ale i mentalnie. Pamiętam, jak – będąc trzynastoletnim metalowcem – zastanawiałem się, czy wolno mi kupić sobie kasetę Fields of the Nephilim. Muzyka bardzo mi się podobała (miałem trzynaście lat, powtarzam). Ale „Fieldsi” grali gotyk. Czy kupując ich kasetę nie dokonam aktu apostazji? Mówiąc wprost, czy nie zdradzę metalu? Tego rodzaju myślenie towarzyszyło mnie i mojemu pokoleniu. Dziś jest inaczej, na całe szczęście. I mamy Sacrum Profanum, gdzie muzyka klasyczna spotyka monstrualne, gitarowe sprzężenia Aarona Turnera z kultowego Isis, a stado wiolonczelistów z Holy Presence konfrontuje się z „litewskim minimalizmem” czymkolwiek ten by nie był.

W kulturze ciekawią mnie rzeczy nowe. Te słowa mogą brzmieć dziwnie w ustach starego metalowca, ale kładę je szczerze, literka po literce. Metal też kiedyś był niebezpieczną nowością i zestarzał się jak my wszyscy. Świat dźwięku jest prawdziwym kosmosem, a zgłębianie go przynosi niekłamaną radość. Człowiek czuje się trochę jak archeolog, a trochę jak alchemik. Po prostu cieszę się, natrafiając na dźwięki, które wydają się niesłychane, radykalnie inne od wszystkiego, co usłyszałem wcześniej. Z upływem lat coraz trudniej o tego rodzaju przeżycia, ale festiwal Sacrum Profanum udowadnia, że ciągle są one możliwe. Zwłaszcza że organizatorzy często zamawiają u zaproszonych gości premierowe kompozycje.

Na koniec zachowałem najważniejsze. Kulturę zawsze rozumiałem jako wyzwanie i niebezpieczną przygodę. Nienawidzę książek które „dobrze się czyta”, filmów, które „fajnie się ogląda” a dla muzyki, co „sama wpada w ucho” mam zarezerwowaną wyłącznie pogardę. Chcę awantury. Pragnę by wymagano ode mnie wysiłku. Ten wysiłek traktuję jako klucz do drzwi, za którymi czeka przygoda i tajemnica. Stąd pewnego rodzaju ezoteryka, dziwaczność, być może jakiś rodzaj sonicznego okrucieństwa zapowiedziane w programie krakowskiego festiwalu bardzo mi odpowiadają. Dlatego z głębi serca zachęcam do udziału w Sacrum Profanum. Już nie jako Łukasz czarny coach. Po prostu jako Łukasz.

Łukasz Orbitowski dla festiwalu Sacrum Profanum



Wpisz swoją opinię:

Przepisz tekst z obrazka: Obraz CAPTCHA
Podpis:
Opinie:
Ten artykuł nie posiada jeszcze żadnych opinii.