Perfekcjonista: film oparty na prawdziwej historii najbardziej spektakularnej kradzieży XXI wieku

2013-07-20 10:26

Toni Musulin, zanim został milionerem i dumnym posiadaczem czerwonego Ferrari, był zwyczajnym człowiekiem. Praca w firmie ochroniarskiej i znoszenie upokarzającego traktowania ze strony szefów nie zaspokajały jego ambicji. Opracował błyskotliwy plan, który wprowadził w życie z chirurgiczną precyzją. 5 listopada 2009 roku, o godzinie 10:00, po kilku miesiącach przygotowań, Toni zasiadł w opancerzonej furgonetce do konwojowania pieniędzy. W ładowni pojazdu znajdowało się 11,6 miliona euro.

Film oparty na prawdziwej historii najbardziej spektakularnej kradzieży XXI wieku.
 

TONI MUSULIN

Urodzony w 1970 roku Toni Musulin, syn serbskiego imigranta, przeszedł do historii francuskiej kryminalistyki jako sprawca „napadu stulecia”. W 2009 roku mężczyzna, który pracował jako ochroniarz opancerzonego samochodu konwojowego, ukradł 11,6 miliona euro, należące do Banque de France. W czasie skoku nie użył przemocy, nie sięgnął po broń. Policja odnalazła większość zrabowanej kwoty - 9,1 miliona euro. Nie wiadomo co stało się z resztą pieniędzy. Media i policja mają na ten temat wiele teorii. Sam Musulin zaprzecza jakoby miał z tym coś wspólnego.

Mężczyzna odsiaduje obecnie wyrok w więzieniu w Corbas. 11 maja 2010 roku sąd skazał go na trzy lata więzienia, ale kilka miesięcy później wyrok przedłużono o kolejne dwa lata - do zarzutu rabunku dodając próbę oszustwa ubezpieczeniowego. Musulin przebywa w odosobnionej celi i może widywać się tylko ze swoimi prawnikami.

WYWIAD Z PHILIPPE'EM GODEAU

Co sprawiło, iż temat rabunku, którego dokonał Toni Musulin, uznał Pan za temat na film?

Philippe Godeau: Od samego początku bardziej od napadu interesowała mnie historia tego mężczyzny. Przez 10 lat pracował jako kierowca opancerzonej ciężarówki konwojowej. Nikt nigdy nie skarżył się na niego, nigdy nie był za nic karany, a jednak podjął decyzję o złamaniu prawa. Zastanawiałem się, jak mogło dojść do tego, iż człowiek punktualny, pracowity, zawsze trzymający się z dala od związków zawodowych - przeszedł na drugą stronę i przygotował skok, który okrzyknięto „napadem stulecia”? To pytanie zadaliśmy sobie razem z Agnès de Sacy, siadając do pracy nad scenariuszem. Chcieliśmy dojść do tego, co skłoniło Toniego do tak desperackiego kroku. Przeczytaliśmy wszystkie materiały na jego temat, rozmawialiśmy z jego współpracownikami, znajomymi, prawnikami, odwiedziliśmy miejsca, w których żył i pracował. Drążyliśmy…

A czy udało się Wam spotkać samego Toniego Musulina?

Musulin przebywa w izolatce w zakładzie karnym w Corbas. Żadna osoba postronna nie jest do niego dopuszczana. Złożyliśmy natomiast wniosek o to, żeby mógł zobaczyć film. Mamy nadzieję, że zostanie rozpatrzony pozytywnie. Na samym początku pracy, owszem, próbowaliśmy skontaktować się z nim osobiście. Ostatecznie listownie informowaliśmy go o postępach. Samo spotkanie okazało się mniej konieczne. Punktem wyjścia dla naszego scenariusza był wywiad-rzeka, którego Toni udzielił Alice Géraud-Arfi. Później popuściliśmy wodze fantazji. Nie chodziło nam o wierne przedstawienie kroniki wydarzeń, a o pewną ich reinterpretację. Dowiedzieliśmy się, na przykład, że niedługo przed kradzieżą Toni Musulin pokłócił się ze swoim współpracownikiem. Uznaliśmy, że w ten sposób chciał go ochronić.

W podobny sposób rozstał się ze swoją dziewczyną. Korzystamy z licentia poetica, ale czasami fikcja bardziej zbliża do prawdy, niż suche fakty. To dziwny proces. Wgłębiasz się w autentyczne wydarzenia, ale ożywają one dopiero dzięki zabarwieniu fikcją. W pewnym momencie nie jesteś już w stanie rozróżnić co jest prawdą, a co zmyśleniem. Ten świat rządzi się swoją, tajemniczą dynamiką; dynamiką paradoksów i sprzeczności.

Skoro już mowa o paradoksach, życie Toniego Musulina jest ich pełne. To dwuznaczna, skomplikowana postać.

Toni Musulin marzy o ucieczce do innego świata - kraju, w którym możliwa jest społeczna mobilność. Sam mówi o sobie: „Jestem obywatelem pierwszej klasy, którego stać tylko na klasę drugą”. Z tego powodu kupuje sobie na aukcji używane Ferrari. Każdego dnia do pracy jeździ rowerem, zawsze w tym samym, roboczym uniformie. Ale po zmianie wsiada do swojego Ferrari! Trafnie komentuje to jego ojciec: „Gdy masz modny samochód, ludzie okazują ci szacunek”. Toni nie chce być ignorowany, lekceważony. Nie cierpi tego. „Sądzisz, że tacy ludzie, jak ty i ja, nie powinni posiadać Ferrari?" - pyta retorycznie jednego z policjantów, którzy go przesłuchują. Swoim aktem Musulin w jakiś sposób obnaża społeczną dyskryminację. To jedna z kluczowych składowych bohatera, którego kreujemy na ekranie. Wierzę, ba!, jestem o tym całkowicie przekonany, że w czasie wojny Toni dołączyłby do ruchu oporu. To człowiek czynów, nie słów. To postać wielowymiarowa, zasadnicza. Musulin nie chce być jednak przyłapany na gorącym uczynku. Przez lata godzi się na to, by być tłamszonym, deptanym, ale w końcu, pewnego dnia, nie jest już w stanie tego znieść. Nie potrafi wyrazić tego, co czuje inaczej niż poprzez…. napad. To jest jego zemsta.

To ciekawe… kradzież jest bardzo dokładnie przemyślana, ale ostatecznie nie udaje się. To kolejny paradoks?

Musulin bardzo starannie przygotował się do tego skoku. Niemal obsesyjnie wszystko mu podporządkował. Zanim wprowadził go w życie, zerwał wszelkie więzi ze znajomymi. Nie dziwię się, że kradzież ta zyskała przydomek „napadu stulecia”. Musulin zgarnął ogromne pieniądze i nikogo przy tym nie skrzywdził, nie zastosował przemocy, nie przelał krwi. Zero broni. Zero ofiar. Tylko facet, który nagle dodał gazu. Może nie wszystko do końca przewidział? Aczkolwiek policja nie odnalazła ścianki, którą wybudował w garażu, żeby za nią schować łup. Do dziś jest z tego dumny. Sam też podjął decyzję o tym, żeby ujawnić swoją skrytkę. Siedząc w celi, odzyskał przynajmniej część swojej godności.

Nie znamy jednak wszystkich odpowiedzi. Co stało się z brakującymi pieniędzmi? Dlaczego Musulin nie doprowadził sprawy do końca? Czy w filmie te pytania też padają?

To nie jest film o dwóch i pół miliona euro, których nigdzie nie ma i do których kradzieży Musulin nie przyznaje się. Są pewne podejrzenia wobec niego - że wyjdzie na wolność i będzie z nich korzystał, ale brak przeciwko niemu dowodów. Chcę jednak podkreślić: nas interesuje to, co doprowadziło tego mężczyznę do kradzieży 11,6 miliona euro. Ta zagadka nas fascynuje. Poza tym… jestem w tym wszystkim obserwatorem. Nie muszę zajmować żadnego stanowiska, brać czyjejś strony. Przyglądam się bohaterowi, który przez rok planuje skok. Przeprowadza go. Chowa pieniądze za ścianką w garażu, zamiast z nimi zbiec. Sam z trudnością wierzę w tę historię. Dlaczego zostawił te pieniądze? Wydaje mi się, że bardziej chodziło mu o to, żeby coś pokazać. Już samo wprowadzenie planu w życie było dla niego przekroczeniem linii mety. Gdyby chodziło tylko o pieniądze, ukryłby banknoty lepiej, przewidział i rozwinął ten plan do końca. Wolę myśleć o tej sprawie jako o wyzwaniu rzuconym hipokryzji systemu, który w imię rentowności i na granicy prawa zmusza pracowników do szybszej jazdy, cięższej harówki. Napad Musulina unaocznia problemy strażników, podkreśla porażkę systemu.

Czy możemy ten film nazwać thrillerem o zacięciu społecznym?

Taka była moja intencja. Akcja „Perfekcjonisty” rozgrywa się w środowisku ochroniarzy opancerzonych furgonetek konwojowych, ale równie dobrze mogłaby dziać się w takiej korporacji, jak Renault czy France Télécom. Chodzi o to, żeby pokazać dlaczego i w którym momencie człowiek pewnego dnia wraca do domu z pracy i postanawia zemścić się na swoim pracodawcy, który go przez lata oszukiwał i upokarzał.

Przedstawia Pan Toniego Musulina jako antybohatera, introwertycznego buntownika. Dla internautów jest on jednak… współczesnym Robin Hoodem. Dlaczego?

W „Perfekcjoniście” pokazujemy, w jaki sposób stał się tym „Robin Hoodem” dla swoich współpracowników. Wątpię czy przed napadem był szczególnie popularny i lubiany wśród kolegów. Nigdy za wiele nie mówił, nikomu nie postawił drinka. Ale po skoku stał się ich bohaterem. Pozwolił im i swoim bliskim odzyskać godność. Tę historię podłapała również opinia publiczna. Toni stał się ikoną, przykładem dla tych, którzy jeszcze nie zrezygnowali z walki. Jeszcze raz muszę podkreślić: ten rabunek, największy skok od czasów Alberta Spaggiariego, odbył się bez użycia przemocy, a to ma duże znaczenie. Poza tym okradziony został bank, a w 2009 roku dla wszystkich było jasne, że to banki odpowiadają za kryzys. Wszyscy uważali system za niesprawiedliwy. W zbiorowej świadomości Musulin okradł… złodziei.

Czy scenariusz pisał Pan od razu z myślą o zaangażowaniu Françoisa Cluzeta?

Zdecydowanie. Od wspólnej pracy nad „Po jednym na drogę” wiedzieliśmy, że będziemy chcieli znowu spotkać się na planie. Ufamy sobie wzajemnie i szanujemy się, dzięki czemu możemy osiągnąć więcej i rzucać sobie wyzwania. Historia sama w sobie była ciekawa, ale to postać Musulina, którą poznaliśmy z kart książki z wywiadem-rzeką, spowodowała, że zrobiliśmy ten film. Toni Musulin musiał ożyć dla widzów. François Cluzet zbudował bardzo stonowaną kreację. Dzięki jego sposobowi poruszania się, stania, spacerowania, ćwiczeń - Toni jest niesamowicie fizycznie obecny na ekranie. François od razu wiedział jak podejść do tego bohatera. Jego Toni jest powściągliwy w gestach, mowie ciała. Dopiero wtedy, gdy dowiaduje się, że wszyscy jego szefowie zostali zwolnieni, na jego twarzy na chwilę pojawia się uśmiech, który mówi wszystko.

Musiał Pan znaleźć aktorów, którzy mu dorównają…

Przeplatając fikcję z rzeczywistością w scenariuszu, postanowiłem tej samej metody trzymać się na planie, dlatego poza aktorami zawodowymi zaangażowałem naturszczyków - prawdziwych ochroniarzy. Dla François szukałem jak najlepszych partnerów - jak do bokserskiego sparingu. Szukałem aktorów, których gra odznacza się podobnym dominującym stylem - stąd wybór takich osób, jak Bouli Lanners i Corinne Masiero.

WYWIAD Z FRANÇOIS CLUZETEM

Jak budował Pan swoją postać?

Naszą inspiracją była książka Alice Géraud, której Toni Musulin jest współautorem. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, iż w tym wywiadzie-rzece nie wszystko zostało powiedziane. Nie chciałem jednak spotykać się z Tonim osobiście. Pomyślałem, że lepiej popuścić wodze fantazji. Małomówność wydawała mi się naturalnym zabiegiem w przypadku osoby, która nie jest patologicznym kłamcą i która jest raczej skryta. Toni nikomu nie zdradził swojego sekretu, z nikim nie podzielił się swoimi wątpliwościami. Uznałem, że muszę stworzyć bohatera stonowanego. Paradoksalnie, dzięki temu staje się on bardziej wyrazisty, a zarazem tajemniczy. Tajemnica przyciąga widzów, zaciekawia. Odbiorcy chcą dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Tajemnica staje się kluczem do tej postaci i całego filmu.

Czy zastanawiał się Pan, czym kierował się Musulin, jeżeli nie chęcią zysku?

Czuł, że jest wykorzystywany. Każdego dnia ryzykował życiem za 1700 euro miesięcznie. Nikt go nie szanował, zwracano się do niego, jakby był nikim. Prawdopodobnie pomyślał, że przyszła pora, żeby jego szefowie zapłacili za swoje błędy. „Perfekcjonista” to również film
o… zemście.

Jak wyjaśnia Pan jego gniew i frustrację?

Przez lata gardzono nim i jego pracą. Harował, ale nie miał życia. Gdy po latach oszczędzania, w końcu kupił sobie używane Ferrari, nagle spojrzano na niego inaczej. On również zobaczył w lustrze odbicie innego człowieka. Sądzę, że kryzys tożsamości narastał w nim przez lata. W naszym świecie sukces często mierzony jest wpływami na konto. Dawno zapomnieliśmy o znaczeniu wartości, których nie da się kupić za pieniądze. Ci, którzy na nich opierają całe swoje życie, potwornie się mylą, ale… tylko taki komunikat nas otacza: sukces to bogactwo materialne, życie nie jest warte tyle, ile siła nabywcza jednostki. Potrzeba niezwykłej odporności, hartu, aby się temu oprzeć, aby stwierdzić, że życie polega na czymś innym: ciekawości, miłości, szacunku, kulturze, radościach i bólu, odkryciach i spotkaniach.

Czy taka stonowana gra pozwala Panu na lepsze przedstawienie emocji bohatera?

Dziedziną teatru jest słowo, dialog. W kinie chodzi o obrazy i dźwięk, choć być może milczeniu nie poświęca się aż tyle uwagi, na ile zasługuje. Ja jednak zawsze staram się skrócić dialog zapisany w scenariuszu na rzecz gry spojrzeniem i gestami, mową ciała. To jest o wiele bardziej sugestywne. Komentarz działań lub uczuć bohatera w trakcie sceny często jest zbędny, staje się niepotrzebnym powtórzeniem tego, co odbiorca widzi już na ekranie. Poza tym… lubię, gdy publiczność ma wybór, gdy sama może zadecydować, odkryć co myśli bohater. Najbardziej w grze interesuje mnie swoboda, spontaniczność, interakcja z partnerami, wyzbywanie się siebie, podejmowanie ryzyka, poszukiwanie w scenariuszu i bohaterze subtelności. Oczywiście, wszystko z poszanowaniem dla materiału wyjściowego. Interesują mnie praca zespołowa oraz film, jego emocje i rozrywka, którą zapewnia.

Materiały: Kino Świat



Wpisz swoją opinię:

Przepisz tekst z obrazka: Obraz CAPTCHA
Podpis:
Opinie:
Ten artykuł nie posiada jeszcze żadnych opinii.