Pod mocnym aniołem: opowieść o piciu i… o miłości

2014-01-20 03:20

Wysokoprocentowe kino Wojtka Smarzowskiego, reżysera „Drogówki”, „Róży” i „Wesela” na podstawie głośnej powieści Jerzego Pilcha. Poruszająca, miejscami niezwykle zabawna, opowieść o piciu i… o miłości, która potrafi być silniejsza od wódki.
 

 

Jerzy (Robert Więckiewicz) jest pisarzem i alkoholikiem. Poznajemy go w momencie, w którym uwierzył, że może wygrać z nałogiem. Zakochuje się w młodej dziewczynie (Julia Kijowska) i wreszcie czuje, że ma po co i dla kogo żyć. Jednak nie wytrzymuje długo. Pewnego dnia idzie prosto do baru Pod Mocnym Aniołem, gdzie zaczyna pić...

 

Wkrótce trafia na odwyk, gdzie spotyka doktora Granadę (Andrzej Grabowski), personel (m.in. Iza Kuna, Robert Wabich) i innych pacjentów (Jacek Braciak, Kinga Preis, Marian Dziędziel, Marcin Dorociński, Arkadiusz Jakubik, Lech Dyblik, Iwona Wszołkówna, Iwona Bielska, Krzysztof Kiersznowski), którzy tworzą niezwykle barwną galerię postaci. Jedną z metod leczenia jest czytanie spisanych wcześniej opowieści, z czasów kiedy się piło. Swoje historie, zabawne i niekiedy wstrząsające, opowiedzą: reżyser, ksiądz, policjant, kierowca TIR-a,  farmaceutka, robotnik, fryzjerka i inni. Wszyscy piją, bo picie to nasz sport narodowy.

 

* * * * * * *

Chciałbym, żeby przez pierwszą część filmu widz się świetnie bawił (kto z nas się nie śmiał z pijaka?), przez następną czuł narastające zażenowanie, a na koniec, eby przerażony milczał.”

Nadzieję w filmie i w scenariuszu daje miłość. Na początku opowieści Jerzy traci miłość przez chorobę. Na końcu, to właśnie z potrzeby miłości może z niej wyjść.”

Zapewniam, że z powieści Jerzego Pilcha oraz z mojego – sądzę, że mogę tak napisać – niegrzecznego widzenia kina można zmontować extra-mocny koktajl. Będzie miał sporo kolorów, bo pracuję z aktorami na półtonach i niuansach, będzie międzynarodowy, bo wierze, że są szanse na festiwale i zapewniam, że będzie popularny, bo picie to jednak cały czas nasz sport narodowy.. Tylko z tym kacem każdy będzie sobie musiał radzić sam.”

Na zdrowie. Prosit.

Wojtek Smarzowski

* * * * * * 

Uważam Smarzola za wielkiego reżysera. I to nie jest specjalnie oryginalne zdanie. Oczywiście, było niebezpieczeństwo, że za którymś razem seria bez straconej bramki się skończy. Przy moim farcie miałem takie obawy. Ale to, co zobaczyłem, bardzo mi się spodobało. Rozpoznaję, że są tam moje dialogi, więcej niż myślałem. To właściwie nie jest na motywach mojej książki, to jest po prostu adaptacja.”

Jerzy Pilch w wywiadzie Rafała Staronia, Harper’s Bazaar

Z SIEKIERĄ NA WIDZA – KINO WOJCIECHA SMARZOWSKIEGO

W tym roku mija dekada od debiutu Wojciecha Smarzowskiego na dużym ekranie. Przez ten czas reżyser zdążył nakręcić pięć filmów, zdobył kilkadziesiąt nagród (w tym aż 10 Orłów!), uznanie recenzentów i zachwyt widzów. – „Jeżeli ludzie głosują nogami, jestem zadowolony” – twierdzi. Patrząc na wyniki box office'u, Smarzowski powinien pęcznieć z dumy. Na „Wesele”, „Dom zły, „Różę” i „Drogówkę” sprzedano w sumie prawie dwa miliony biletów. Film „Pod Mocnym Aniołem” według wyróżnionej Nike powieści Jerzego Pilcha powinien znacząco poprawić ten znakomity rezultat.

Co ciekawe, niewiele brakowało, by Smarzowski porzucił kiedyś marzenia o karierze filmowca w Polsce. – „Był moment, kiedy myślałem, że wyjadę z kraju. To było wtedy, gdy bardzo długo nie mogłem zadebiutować” – wspominał artysta w wywiadzie dla „Przekroju” – „Czułem, że się marnuję, bałem się, że się zestarzeję i nie zrobię filmu, a gdzieś tam wierzyłem, że mam potencjał.”

Po studiach operatorskich na łódzkiej Filmówce Smarzowski zamieszkał w Warszawie. Był początek lat 90. Już wtedy przyszły twórca „Wesela” miał w głowie pierwsze pomysły na fabuły. Niestety, jak stwierdził w rozmowie z „Playboyem”, „w tamtym czasie cały budżet na kinematografię pochłaniały Gulczasy i Wiedźminy”.

Pierwszy przełom nastąpił w 1998 roku. Smarzowski zrealizował teledysk do piosenki Myslovitz „To nie był film” promującej kinowy przebój „Młode wilki 1/2”. Wideo zdobyło Fryderyka, ale wzbudziło też sporo kontrowersji. Pojawiły się opinie, że przedstawiona w utworze szczegółowa relacja z morderstwa może zachęcać młodych słuchaczy do brutalnych zachowań. Naprawdę miała być jednak protestem przeciwko nim. W oglądanym po latach klipie widać wyraźnie autorską sygnaturę reżysera. Scena wizji lokalnej, w której skuty kajdankami ogolony na zero Artur Rojek wkracza z policjantami do mieszkania, przypomina analogiczny obraz z „Domu złego”. Są w niej smutni ludzie ubrani w zimowe płaszcze i czapki-uszatki, jest amatorska czarno-biała kamera, a wreszcie siekiera – nieodłączny rekwizyt we wszystkich filmach Smarzowskiego. Zazwyczaj pełni ona podobną funkcję co strzelba u Czechowa. Gdy pojawia się w kadrze, od razu wiadomo, że wcześniej czy później jej ostrze spłynie krwią.

W 1998 pojawiła się również szansa na realizację pierwszego filmu fabularnego. „Małżowina” to historia pisarza M. (poeta Marcin Świetlicki), który w obskurnym mieszkaniu z dala od bliskich zamierza pracować nad kolejną powieścią. Wkrótce rzeczywistość zacznie mieszać się z fikcją literacką, a nierozstający się z flaszką i papierosami bohater będzie miał coraz większe problemy ze zmobilizowaniem się do pracy. Ciągle ktoś lub coś będzie mu w niej przeszkadzać: agresywni i hałaśliwi sąsiedzi, niespodziewani goście (m.in. uzbrojeni rosyjscy włamywacze) oraz niedomykające się drzwi szafy. – „To była moja szkoła filmowa” – relacjonował Smarzowski dla „Playboya” – „Opowiedzieliśmy tę historię w osiem dni w ramach budżetu Teatru Telewizji. W połowie zdjęć zrozumiałem, że muszę zajmować się Marcinem Świetlickim, a nie kadrowaniem. To wtedy w przyspieszonym tempie odbyłem drogę od operatora do reżysera.” Za „Małżowinę” reżyser zgarnął kolejne trofeum – nagrodę specjalną jury na Festiwalu Debiutów Filmowych w Koszalinie.

Ostatnim sprawdzianem przed pełnometrażowym debiutem była „Kuracja” – spektakl telewizyjny z 2001 roku oparty na powieści Jacka Głębskiego pod tym samym tytułem. Jej bohaterem jest ambitny psychiatra (Bartłomiej Topa), który w celu zgłębienia tajników zawodu postanawia zamknąć się jako pacjent w szpitalu dla umysłowo chorych. Lekarz nie zdaje sobie sprawy z tego, jak ryzykowny może być jego eksperyment. W tej kafkowskiej z ducha opowieści pobrzmiewają motywy, do których reżyser będzie w przyszłości obsesyjnie wracał: zło jako kolczasty drut oplatający powoli, ale bezlitośnie szamoczących się bohaterów; zderzenie z systemem, którego reguł nie da się do końca przejrzeć; wreszcie uczciwość wystawiona na próbę w obliczu wszechobecnej podłości.

W obsadzie „Małżowiny” i „Kuracji” znalazło się wielu aktorów, z którymi Smarzowski będzie później jeszcze nie raz pracował. Oprócz Topy na ekranie możemy zobaczyć m.in. Mariana Dziędziela, Arkadiusza Jakubika, Lecha Dyblika i Roberta Wabicha. U innych reżyserów skazani na epizody i drugi plan, ze Smarzowskim dostali wreszcie szansę na rozwinięcie skrzydeł. Topa – niegdyś znany z roli nierozgarniętego listonosza Zenka Pereszczaki w „Złotopolskich”, dziś kojarzony jest przede wszystkim z mocnymi rolami policjantów w „Domu złym” i „Drogówce”. Filmy Smarzola – jak pieszczotliwie zwykli określać reżysera jego współpracownicy – pomogły również w karierze Jakubikowi, który długo musiał odpokutowywać udział w sitcomie „13 posterunek”. Dziędziel występuje przed kamerą od lat 60., ale dopiero dzięki udziałowi w „Weselu” doczekał się należnego mu uznania. – „Wesele" to był napęd. Uwierzyłem w siebie. Dowiedziałem się, że stać mnie na więcej, niż mi się zdawało” – opowiadał Dziędziel w rozmowie z Łukaszem Maciejewskim – „Aktor, nawet najlepszy, może całe zawodowe życie dryfować z pięknym marzeniem, że wkrótce spotka go niezwykła szansa, udowodni, co potrafi. Tylko że często taka szansa w ogóle się nie pojawia. Mnie się udało.”

W napisach końcowych „Kuracji” znajdziemy jeszcze nazwiska dwóch innych ludzi, którzy wsparli Smarzowskiego przy kolejnych projektach. Pierwszy z nich to montażysta Paweł Laskowski. Wraz z reżyserem wypracował on charakterystyczny styl cięcia filmów: nielinearny, pełen dynamiki, pozornie chaotyczny, a w rzeczywistości niezwykle precyzyjny, z ujęciami odmierzonymi do nanosekundy. „Pod Mocnym Aniołem” to jak dotąd najbardziej skomplikowane pod względem montażu dzieło autora „Róży”. Aby przybliżyć widzowi, jak funkcjonuje umysł alkoholika, Smarzowski zrywa w fabule z ciągiem przyczynowo-skutkowym. Płaszczyzny czasowe nakładają się na siebie, a zdarzenia z życia bohatera przechodzą płynnie w pijackie zwidy.

Drugim stałym współpracownikiem reżysera jest kompozytor Mikołaj Trzaska. – „Kiedy przynoszę mu jakieś propozycje, znakomicie wie, czy to jest właśnie to, o co mu chodziło” – relacjonuje Trzaska w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” – „Nie znam chyba nikogo innego, kto potrafi tak mówić o mojej muzyce. Słucha jakiegoś fragmentu i potrafi dokładnie określić, o czym on „mówi” – czy to będzie muzyka wywołująca radość, czy raczej grozę. Jest między nami bardzo bliski związek psychologiczny i emocjonalny, znakomicie się rozumiemy, to bardzo pomaga we wspólnej pracy.” Wychodząc z seansu „Domu złego”, niejeden widz wciąż słyszał w głowie psychodeliczny wrzask saksofonu, który podkreślał rozpad ekranowego świata. Po „Róży” trudno było rozstać się z minimalistycznym niepokojącym tematem przewodnim. Podobnie będzie z muzyką do „Anioła”.

Praca nad każdym filmem zaczyna się u Smarzowskiego przed ekranem komputera. – „Mam coś z szachisty, lubię łamigłówki” - przyznał artysta w wywiadzie dla „Dużego Formatu” – I w ten sposób piszę scenariusze – „wychodzę od ogólnego pomysłu albo szczegółu i buduję kolejne piętra, drugi, trzeci plan. To już właściwie zabawa, czysta przyjemność, bo najtrudniej tę historię znaleźć, wymyślić, czyli w języku producenckim – przygotować tzw. treatment, zarys fabuły.” W scenariuszach Smarzowskiego wszystko dopina się na ostatni guzik. Motywacje bohaterów, choć pokrętne, są zrozumiałe, a nawet najbardziej zaplątane wątki doczekują się nieoczekiwanego i satysfakcjonującego rozwiązania.

Co ciekawe, w przypadku „Pod Mocnym Aniołem” reżyser uznał początkowo, że literacki pierwowzór jest niefilmowy. Wreszcie znalazł jednak na niego patent. Opisał go w wywiadzie dla „Dużego Formatu”: „U Pilcha ważny element terapii polega na tym, że alkoholicy opisują swoje doświadczenia z czasów, kiedy jeszcze pili. I ja ten element wyeksponowałem, dodałem własne historie. Trochę na zasadzie filmu worka: niby wrzucam wszystko, ale całość spina jasna, przejrzysta forma. Bo na koniec wszystkie te pijackie historie okazują się jedną wielką historią głównego bohatera.”

W filmowych światach Smarzowskiego dominują mężczyźni. Choć nie są aniołami, mają swój moralny kodeks. Porucznik Mróz z „Domu złego” i sierżant Król z „Drogówki” bez względu na konsekwencje brną w śledztwa, które wszyscy – na czele z przełożonymi – chcieliby jak najszybciej zakończyć. Tadeusz z „Róży” sprzeciwia się brutalnej władzy ludowej, aby uratować ukochaną kobietę. Nawet Wojnar z „Wesela” – postać w tym towarzystwie być może najbardziej ambiwalentna – dla dobra rodziny jest w stanie zrobić naprawdę wiele.

Polska jest ładna, kiedy napada śniegu, kiedy opadnie mgła albo wszędzie tam, gdzie nie ma ludzi” – przekonuje reżyser w rozmowie z „Przekrojem” – „W innych okolicznościach jest niestety przeważnie brzydka.” W swoich filmach autor „Drogówki” pokazuje nasz kraj bez makijażu. Lasy służą tu za wysypiska śmieci, wnętrza mieszkań są zaniedbane tak, jak ich właściciele, a wódka i krew leją się fontannami. Nawet gdy w finale „Róży” zza chmur wychodzi wreszcie słońce, obraz jest wyblakły, pozbawiony kolorów. Smarzowski jak żaden inny współczesny reżyser potrafi piętnować nasze narodowe przywary: cwaniactwo, obłudę, pieniactwo, a wreszcie nadmierne zamiłowanie do mocnych trunków. Jego obserwacje są zawsze celne i bezlitosne jak promień rentgenowski.

Myli się jednak ten, kto nazwie filmowca czarnowidzem. Choć trudno powiedzieć o jego twórczości, że poprawia nastrój, można znaleźć w niej pierwiastek nadziei. Panna młoda z „Wesela” wsiada do pociągu z ukochanym i rusza w podróż ku lepszemu życiu. Środoniowi z „Domu złego” udaje się wyjść cało z kolejnej katastrofy. Być może dotrze wreszcie do spokojnej przystani. Alkoholik Jerzy z „Pod Mocnym Aniołem” pod wpływem miłości do kobiety znajduje wreszcie motywację do walki z nałogiem. Gdy w ostatniej scenie kamera wznosi się, zostawiając bohatera na skrzyżowaniu ulic, można przypuszczać, że tym razem wybierze właściwą drogę. Choć piekło jest niedaleko, da się od niego uciec.

LIST OD JERZEGO PILCHA

Bracia i Siostry!

Z całego serca żałuję, że nie jestem z Wami. Gdybym był i oświadczył, że drżę, że dosłownie trzęsę się ze wzruszenia – brzmiałoby to prawdopodobnie – tym prawdopodobniej, że byłaby to prawda.

Lata całe utrzymywałem, iż fakt, że jakieś moje teksty są przysposabiane do filmu czy teatru dowodzi w jak tragicznym położeniu jest film i teatr polski. Trwałem w tej nonszalancji do chwili, gdy przyszła groźna wiadomość: nadchodzi Smarzol. Ach oczywiście duma – należę do wyznawców i wielbicieli tego reżysera, mam o jego dziełach zdanie jak najwyższe. Duma, ale i strach. Strach, iż ten wielce przenikliwy artysta zdemaskuje mnie i usunie z literatury. Strach, iż wydobędzie na wierzch wszystkie felery mojej książki. Strach, iż jako pierwowzór upadłego pod względem fizjologicznym głównego bohatera – wypadnę – powiedzmy – mało romantycznie. Obejrzałem film i poczułem natychmiastową ulgę, ciepło rozchodzące się po członkach, strachy pierzchły, ich miejsce zajęła brawura i poczucie wszechmocy. Zdumiewająco wierny istocie tekstu obraz jest wizją tak osobną, tak konsekwentną, tak dramatyczną, tak aluzyjną, iż powiedzieć, że jest to rzecz wybitna, to nic nie powiedzieć. Powiem tak: moja książka spokojnie sobie leży, a nawet stoi na półce z literaturą deliryczną. W kontekście wizji Wojtka Smarzowskiego klasyczne alkoholowe perły, z działu „deliryka” przeniesione zostały do działu „drapieżne komedyjki”.

Bracia i Siostry! Zdrowie Wojtka i jego ludzi! Z dumą wstępuję w te szeregi – tak jest – jestem człowiekiem Reżysera – moje przeto również – Bracia i Siostry – zdrowie!

Pozdrawiam Was z całego serca! Warszawa, styczeń 2014

Jerzy Pilch

WYWIAD Z JULIĄ KIJOWSKĄ

W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że w konstelacji postaci zarówno w „Drogówce” jak i „Pod Mocnym Aniołem” Pani bohaterka jest przede wszystkim kobietą. Czy to oznacza, że w męskich światach Wojciecha Smarzowskiego aktorkom trudniej jest niż aktorom stworzyć interesującą postać?

Nie uważam, że bycie kobietą jest mniej interesujące niż bycie mężczyzną (śmiech). Myślę raczej, że w zadaniach aktorskich, które powierza mi Wojtek Smarzowski, dodatkową trudnością jest właśnie męska przeciwwaga w tych historiach. Nietrudno przecież wyczuć dysproporcję między facetami i płcią żeńską choćby w takim filmie jak „Drogówka”. Za każdym razem muszę tej przeciwwadze stawić czoła. Zrozumieć, co znaczy bycie kobietą w opowieści. Nie tylko bycie jednym z bohaterów, ale i kobiecym pierwiastkiem. W „Pod Mocnym Aniołem” ta kwestia jest wyjątkowo ważna.

Moja postać, która nawet nie ma imienia w scenariuszu, stanowi kompilację kilku kobiet pojawiających się w powieści Jerzego Pilcha. Nie wiadomo, czy jest ona prawdziwą osobą, czy tylko marzeniem bohatera granego przez Roberta Więckiewicza. Wiem jednak, że wnosi kolor i emocjonalność do szaro-burego, spranego przez alkohol świata. Wydawało mi się, że na tym właśnie polega kobiecość. Z tym właśnie musiałam się zmierzyć jako aktorka. Musiałam sprawić, aby widzowie uwierzyli, że miłość do mojej bohaterki może być alternatywą dla flaszki.

Z Robertem Więckiewiczem spotkała się już Pani na planie „W ciemności” Agnieszki Holland. U Smarzowskiego mieliście jednak do zagrania znacznie więcej wspólnych scen. Jak układała się ta współpraca?

No, super się układała (śmiech) To była wielka przyjemność – grać z takim partnerem jak Więckiewicz. Wskakiwałam w tę historię na różnych etapach jego zaangażowania. Robert spędzał na planie zdjęciowym oczywiście znacznie więcej czasu niż ja. Mogłam obserwować, jak on się niesamowicie zmienia do tej roli. Zauważyłam to przy okazji „W ciemności” i już wtedy robił na mnie ogromne wrażenie. W „Pod Mocnym Aniołem” podziwiałam sposób, w jaki udało mu się przejść od bardzo trudnych, obnażających go jako aktora scen do tego naszego dziwnego wątku miłosnego, który miał zupełnie inną temperaturę i nastrój. Według mnie to było bardzo trudne nawet dla niego. Choć nigdy o tym nie rozmawialiśmy, czułam, że jestem mu jakoś potrzebna w tym przeistaczaniu się.

Zarówno nasza dwójka jak i postaci, które gramy, przeszły pewną drogę. Wydaje mi się, że w tej ostatniej naszej scenie w śniegu czuje się, że jesteśmy na zupełnie innym etapie relacji niż w pierwszych scenach, jak siedzimy na łóżku. Mam nadzieję, że te drobiny emocji, o które walczyliśmy, udało się przenieść na ekran. Pracowaliśmy z Robertem w poczuciu wzajemnego bezpieczeństwa, ale i pewnej nieśmiałości. Ostatecznie to wszystko chyba zaprocentowało.

Myśli Pani, że nasze pokolenie pije inaczej niż na przykład pokolenie naszych rodziców w młodości?

Wydaje mi się, że mentalność człowieka niewiele się zmieniła. Tak samo pije się dla przyjemności i chleje dla zasady. Natomiast to nasze pokolenie pije pewnie z innych powodów. Poza tym mamy dostęp do lepszych trunków.

A gdyby miała Pani porównać „Pod Mocnym Aniołem” do jakiegoś alkoholu, byłby to...

Mój ulubiony – prawdziwa niemieszana whisky malt.

WYWIAD Z IZĄ KUNĄ

Na początek pytanie do Izy Kuny – pisarki. Z Jerzym Pilchem łączy Panią to, że oboje jesteście autorami powieści, które doczekały się adaptacji. „Pod Mocnym Aniołem” na ekran przeniósł właśnie Wojciech Smarzowski, a „Klara” cieszy się wielką popularnością w teatrze. Co czuje pisarz, kiedy oddaje swoje dzieło w ręce reżysera?

Sytuacja zależy od tego, komu się to dzieło oddaje (śmiech). W przypadku dwóch adaptacji teatralnych „Klary” czułam przede wszystkim olbrzymie wzruszenie. Oto ktoś pochylił się nad moją książką i postanowił opowiedzieć zawartą w niej historię po swojemu. Czerpałam z tego powodu niezwykłą radość i podniecenie. Broń Boże, nie zamierzam się teraz porównywać do pana Jerzego Pilcha. Ja napisałam tylko jedną książkę, a pan Jerzy popełnił ich wiele. Jeśli jednak chodzi o „Klarę”, która grana jest z powodzeniem między innymi w Teatrze Powszechnym, to zaufałam reżyserce Oli Popławskiej. Po przeczytaniu adaptacji, dałam jej wolną rękę. Wiedziałam, że stworzy własną historię. Nijak w nią nie ingerowałam. Podobnie byłoby w przypadku Wojtka Smarzowskiego. Gdyby zdecydował się nakręcić „Klarę”, oddałabym mu ją... Właściwie już ją mu oddałam bez wahania.

Pod Mocnym Aniołem” to drugi film, przy którym pracuje Pani ze Smarzowskim. Jak tym razem doszło do zawodowego spotkania?

Było tak, jak to zwykle bywa w przypadku Wojtka. Po prostu dostałam od niego propozycję. Dla mnie to wyróżnienie i radość płynąca z ponownej współpracy. U Wojtka jestem zdolna zagrać absolutnie wszystko. Spotkanie z nim było czymś, o czym od dawna marzyłam. Czymś, co mi się spełniło i za czym nadal tęsknię.

W „Pod Mocnym Aniołem” wciela się pani w terapeutkę. To bardzo enigmatyczna postać. Jak wyglądała praca nad tą rolą?

Składała się na nią suma różnych rzeczy, zresztą tak jak w przypadku każdego filmu. Najpierw przeczytałam scenariusz i spotkałam się z Wojtkiem, by porozmawiać o roli. Odwiedzałam również terapeutów i pacjentow na Kolskiej. Przyglądałam się ich pracy. Porównywałam ich zachowanie z tym, co było zawarte w scenariuszu. Na planie zdjęciowym również odbyłam szereg rozmów z reżyserem. On doskonale wie, co robi. Jako aktorka absolutnie mu ufam, wiem, że nade mną czuwa. To jest taki komfort, który zdarza się bardzo rzadko. Jednocześnie wiem, że gotowy film i tak mnie zaskoczy. Nigdy nie wiadomo, które sceny trafią na ekran, a które nie, i jaki będzie ich ostateczny kształt.

Na koniec pytanie o najpotężniejszego kaca w Pani życiu.

(śmiech) Myślę, że Wojtek bardzo specyficznie dobiera sobie aktorów. Jeśli chodzi o kace, no to było ich kilka... (śmiech).

Ale wszystkie miały szczęśliwe zakończenie.

O tym przekonamy się za parę lat. Na razie wciąż jeszcze możemy porozmawiać.

Materiały: Kino Świat



Wpisz swoją opinię:

Przepisz tekst z obrazka: Obraz CAPTCHA
Podpis:
Opinie:
Ten artykuł nie posiada jeszcze żadnych opinii.