Sierpień w hrabstwie Osage: komedia z fenomenalną obsadą

2014-01-23 23:30

Komedia obyczajowa ,,Sierpień w hrabstwie Osage” to zabarwione sarkastycznym humorem spojrzenie na trudną relację matki (Meryl Streep) i jej trzech dorosłych córek (Julia Roberts, Juliette Lewis, Julianne Nicholson), które opuściły rodzinny dom, dystansując się od bliskich i od przeszłości. Pewnego dnia powracają, by zmierzyć się z emocjami, które niegdyś doprowadziły do niezgody w rodzinie. To film, który nie unikając wzruszeń opowiada uniwersalną historię o rodzinnych więzach. Jest w nim przejmująca prawda, ale także wielka nadzieja na to, że wspólnie przeżywany kryzys stanie się dla bohaterek wstępem do rozwiązania dawnych konfliktów.

W fenomenalnej obsadzie, obok Meryl Streep i Julii Roberts, znaleźli się także Ewan McGregor, Chris Cooper, Sam Shepard, Benedict Cumberbatch i Juliette Lewis. ,,Sierpień w hrabstwie Osage” jest jednym z najczęściej wymienianych tytułów w tegorocznych oscarowych spekulacjach.

Talent nadciąga z Chicago

W 2007 roku sztuka teatralna pióra Tracy'ego Lettsa odniosła najpierw sukces w Chicago, gdzie wystawił ją legendarny Steppenwolf Theatre, a następnie na Broadwayu. Rok później zdobyła aż pięć prestiżowych nagród Tony (w tym za najlepszą sztukę) oraz Nagrodę Pulitzera.

Letts (ur. 1965) to ceniony dramaturg, scenarzysta i aktor. Jego sztuki dwukrotnie przeniósł z sukcesem na ekran William Friedkin („Francuski łącznik”) – „Bug” (2006) z Ashley Judd i Michaelem Shannonem oraz „Killer Joe” (2011) z Matthew McConaugheyem – zuchwale łącząc konwencje gatunkowe horroru i thrillera z przenikliwymi obserwacjami społecznymi i specyficznym mrocznym humorem, znakiem firmowym pisarza. Letts urodził się w Tulsie, jego matka Billie wykłada na uniwersytecie oraz jest autorką poczytnych powieści, w tym kilku bestsellerów (m.in. sfilmowanej w 2000 roku książki „Gdzie serce twoje” – „Where the Heart Is”, 1995). Ojciec Dennis (1934–2008), oprócz nauczania w college'u, z powodzeniem uprawiał aktorstwo. Zagrał w 46 filmach i serialach (m.in. „Doskonały świat” Clinta Eastwooda, „Bez skrupułów”, „Strażnik Teksasu”). Prawdziwy triumf przyniosła mu rola Beverly'ego w sztuce syna, zarówno w jej chicagowskiej, jak i broadwayowskiej inscenizacji. Grał, walcząc z chorobą – w końcu pokonał go nowotwór.

Letts junior pracował jako kelner i w telemarketingu, jednocześnie próbując swych sił w teatrze. W wieku 20 lat przeniósł się do Chicago, gdzie trafił do słynnego zespołu The Steppenwolf Theatre. Występował między innymi w „Szklanej menażerii” (1988) i „Glengarry Glen Ross”; zdobył nagrodę Tony za rolę George'a w inscenizacji „Kto się boi Virginii Woolf?”. Ożenił się ze swoją partnerką z tej inscenizacji, Carrie Coon. Letts sporo grywał też w filmach – głównie telewizyjnych (m.in. „Wydział pościgowy”, serial „Potyczki Amy” czy rola senatora Lockharta w „Homeland”). Jest autorem sześciu sztuk teatralnych, spośród których największy sukces odniósł „Sierpień w hrabstwie Osage”. Letts przyznaje, że stawia swoich bohaterów przed trudnymi, często wręcz ekstremalnymi moralnymi wyborami, a jego mistrzami są William Faulkner, Tennessee Williams oraz Jim Thompson, autor powieści kryminalnych z lat 50. i 60. XX wieku, zwany „Dostojewskim powieści groszowych” (m.in. „Ucieczka gangstera”, „Morderca we mnie” czy „Naciągacze” – wszystkie te utwory zostały z powodzeniem sfilmowane).

Sztukę „Sierpień w hrabstwie Osage” entuzjastycznie przyjęła krytyka i publiczność. Doczekała się ona także udanej londyńskiej inscenizacji. Saga o rodzinie z Oklahomy i walce jej członków z własnymi demonami wzbudziła wręcz ekstazę wielu krytyków. – To prawdopodobnie jedna z najbardziej ekscytujących sztuk amerykańskich od lat – pisał Charles Iherwood na łamach „New York Timesa”. I nie był w swojej opinii odosobniony. Podkreślano łatwość, z jaką autor skonstruował fabułę i zmieniał konwencję opowiadania, żonglując czarnym często humorem, smutkiem i swoistą czułością wobec bohaterów. Letts z niespodziewaną siłą i inwencją połączył echa amerykańskiej teatralnej klasyki, opowiadającej o dysfunkcyjnych rodzinach – sztuk Williamsa, Eugene'a O'Neilla czy Sama Sheparda, z tempem rodem z sitcomów, a nawet efektami kojarzącymi się z operami mydlanymi, użytymi jednak ze smakiem i nieodłączną ironią.

Zatrudnijmy najlepszych

Producentami i dystrybutorami kinowej adaptacji zostali legendarni już niemal bracia Bob i Harvey Weinsteinowie („Władca pierścieni”, „Pulp Fiction”), mistrzowie w promowaniu ambitnych przedsięwzięć, mających szansę na Oscara, stojący na czele dawnej firmy Miramax, dziś The Weinstein Company. Na reżysera wybrano wybitnego, wielokrotnie nagradzanego producenta telewizyjnego Johna Wellsa („Mildred Pierce”, serial „Prezydencki poker”), dla którego był to drugi wyreżyserowany film, po intrygującym „W firmie” („The Company Men”, 2010), według własnego scenariusza, z Benem Affleckiem, Tommym Lee Jonesem i Chrisem Cooperem w rolach głównych. Po długich staraniach zgromadzono imponującą obsadę z Meryl Streep, Julią Roberts (po raz pierwszy spotkały się na ekranie), Chrisem Cooperem, Samem Shepardem i brytyjską gwiazdą Benedictem Cumberbatchem (serial BBC „Sherlock”, „Szpieg”, „Czas wojny”, „Piąta władza”) na czele. Cumberbatch, obdarzony głębokim, charakterystycznym barytonem, nie dość, że został wybrany najbardziej seksownym aktorem przez magazyn „Empire”, to dotąd jeszcze nigdy nie zawiódł. Roberts, na propozycję zagrania u boku Streep, którą niezwykle podziwia, zareagowała płaczem z radości. Zdjęcia kręcono w Bratlesville i Pawhuska w Oklahomie (tam rozgrywa się akcja sztuki i filmu) oraz w studiu w Los Angeles w październiku i listopadzie 2012 roku. Film miał premierę na festiwalu w Toronto, gdzie spotkał się z bardzo życzliwym przyjęciem. Potem zagościł między innymi na Savannah Film Festival. Podczas Hollywood Film Festival w Los Angeles film wyróżniono dwiema nagrodami: dla zespołu aktorskiego jako całości i dla Julii Roberts jako najlepszej aktorki drugoplanowej. Roberts i Streep zdobyły także nominacje do Złotych Globów. Krytyka dość zgodnie uznała ten utwór za pełen błyskotliwych i poruszających ról. Chwalono zwłaszcza niezawodną Streep, Roberts, Coopera czy pozornie nieefektowną Julianne Nicholson. Dla wielu komentatorów nie ulega najmniejszej wątpliwości, że ten tytuł będzie się bardzo liczył w oscarowych zmaganiach.

Z punktu widzenia reżysera

Reżyser John Wells tak opowiadał o genezie i o realizacji filmu: – Widziałem inscenizację tej głośnej sztuki na Broadwayu – i to kilkakrotnie. Zrobiła na mnie wielkie wrażenie, ale nigdy nie przypuszczałem, że będę pracował nad jej filmową adaptacją. Pewnego dnia jadłem jednak lunch z Harveyem Weinsteinem, na którego zamówienie nakręciłem mój poprzedni film, „W firmie”. Rozmawialiśmy o aktorach, których lubimy i cenimy i wyraziłem żal, że z jednym z nich nie udało mi się pracować przy tamtym projekcie. Wtedy Harvey powiedział: Myślę, że byłby świetny w „Sierpniu w hrabstwie Osage”... kupiliśmy prawa do ekranizacji i chcę, żebyś spróbował zrobić ten film. I wtedy sprawy ruszyły z kopyta! Kilka razy spotkałem się z Tracym Lettsem, żeby omówić koncepcję adaptacji, potem pozyskaliśmy Meryl i Julię. Byłem świadom wielkich trudności, ale i pełen zapału. Bo jestem przekonany, że ten utwór z powodzeniem może kontynuować wielkie amerykańskie tradycje literackie i filmowe. Jest to rzecz o rodzinie, przedstawiona w tonacji tragikomicznej. Opowieść o tym, jak śmiech pomaga przetrwać nam dramatyczne chwile, a także o tym, jak wspieramy się wzajemnie, jednocześnie często bardzo mocno się raniąc. Tekst Tracy'ego zawiera wiele celnych, czasem bolesnych obserwacji dotyczących tego, jak funkcjonuje rodzina. Mamy tu humanistyczne spojrzenie, pełne zrozumienia dla ludzi, ich słabości i błędów. Krótko mówiąc: w tej sztuce jest po prostu prawda. Zauważyłem to po przedstawieniach na Broadwayu. Widzowie po zakończonym spektaklu z zaangażowaniem dyskutowali o sztuce i bardzo często mówili: ta postać przypomina mi moją matkę, ta siostrę, a tamta brata.

Nie wolno nam było tego zepsuć. Udało nam się skompletować doskonałą obsadę, może także dlatego, że wielu aktorów widziało sztukę i było przekonanych, że jest tu naprawdę wiele do zagrania. To zresztą mnie nie dziwi, bo Tracy sam jest aktorem i doskonale wie, jak konstruować pełnokrwiste postaci. Meryl od początku była bardzo zainteresowana rolą. Najpierw z nią i Julią omawialiśmy szczegóły dotyczące ich postaci, następnie zaczęliśmy pozyskiwać innych aktorów. Z Chrisem Cooperem pracowaliśmy już razem i bardzo chciałem, aby zgodził się zagrać Charliego. Na szczęście udało się go namówić. Dermot Mulroney mieszka tuż obok mnie, wiem, jaki jest dobry, i szczęśliwie także szybko się zgodził. Z Julianne Nicholson i Juliette Lewis pracowałem już wcześniej i były to dobre doświadczania, a Abigail Breslin pamiętałem z czasów, gdy miała dziesięć lat. Teraz ma piętnaście i po prostu mnie olśniła. Nie znałem tylko dokonań Benedicta Cumberbatcha, którego widziałem w jednej zaledwie produkcji BBC. Swoje przesłuchanie nagrał mi na iPhone'a i to wystarczyło. Był diabelnie przekonujący, wzruszający i zabawny. Doskonale dogadywał się na planie z Samem Shepardem. A Sam to osobna historia. To prawdziwie wielka postać. W college'u reżyserowałem kilka jego sztuk – są przecież klasyką – więc wielkim przeżyciem było dla mnie spotkanie z nim na planie. Rewelacyjna była Misty Upham, która pochodzi z plemienia Czarne Stopy i która zrobiła na mnie wielkie wrażenie w „Rzece ocalenia” („Frozen River”, 2008). Grana przez Misty bohaterka stanowi punkt odniesienia, ponieważ hrabstwo Osage to niegdyś ziemia Indian z plemienia Osagów. Biali pojawili się tam później.

Dużym, może nawet największym wyzwaniem – ale i radością – była realizacja sceny rodzinnego obiadu, gdzie przy jednym stole siedzą prawie wszyscy aktorzy, a która w scenariuszu liczy aż dziewiętnaście stron. Byliśmy naprawdę dobrze przygotowani i moim zdaniem udało się osiągnąć klimat, jaki rzeczywiście panuje podczas tego typu rodzinnych posiłków, gdy w jednym pomieszczeniu znajdą się ludzie, których łączą wspólne przeżycia, wspomnienia, ale i ogromne pretensje. Wszyscy mieliśmy wrażenie, jakbyśmy już w podobnym obiedzie kiedyś uczestniczyli. To stypa, która rozwija się w zupełnie nieprzewidzianym kierunku, a zarazem aktorski popis, stawiający potężne wymagania wszystkim wykonawcom, a zwłaszcza – jakżeby inaczej – niezawodnej Meryl.

Początkowo nie zamierzaliśmy kręcić w Oklahomie, ani w hrabstwie Osage. Oszałamiająca sceneria wielkich równin nie jest mi obca – pochodzę w końcu z Kolorado. Sprawdziliśmy zatem wiele innych, zbliżonych charakterem plenerów, ale w końcu stanęło na tym, że musimy pracować właśnie tutaj, nie tylko ze względu na niepowtarzalny pejzaż, ale przez wzgląd na ludzi i atmosferę – wszystko to byłoby po prostu niezwykle trudne do podrobienia. Znaleziono doskonały dom, jakieś czterdzieści minut od Bartlesville. To był strzał w dziesiątkę! Dokładnie o takim domu myślałem. Był tu obszerny ganek, przestrzeń wokoło domu, w dodatku wnętrza okazały się też niemal idealne. Właściwie kupiliśmy ten budynek od właścicieli, którzy wystawili go na sprzedaż. Ale podczas zdjęć mieszkali razem z nami, co bardzo pomogło nam w pracy. Panowała bowiem atmosfera prawdziwego domu. Myślę, że przebywanie razem, jedzenie wspólnych posiłków i próby bardzo wiele nam dały.

Wielką trudnością przy ekranizacji sztuk teatralnych jest naturalne wyprowadzenie akcji w plener, w tym przypadku wtopienie jej w pejzaż i miejscową społeczność. Kręciliśmy w hrabstwie Osage także dlatego, że w sekwencjach jazdy samochodem można było w pełni pokazać charakter i potęgę tej budzącej onieśmielenie przestrzeni. Ci, którzy tu żyją, muszą być silni, by przetrwać. I utwór sceniczny, i film opowiadają właśnie o sztuce przetrwania, często wbrew bardzo niesprzyjającym okolicznościom. Razem z Tracym wielokrotnie dyskutowaliśmy o tym, w jakiej scenerii i przestrzeni rozegrać poszczególne sceny. Jestem przekonany, że ta surowa okolica dodała im wyrazu. Aktorzy bardzo sobie cenili to, że mało kręciliśmy w studiu, a niemal wszystko w naturalnych plenerach. Po pierwsze – dużo przebywali ze sobą, co było szczególnie ważne, bo przecież grali rodzinę. Po drugie – spędzając czas w tej okolicy, jedząc w miejscowych restauracjach, lepiej poznawali tutejszych mieszkańców i ich mentalność. Okazuje się, że polityczne różnice są czymś powierzchownym, że wszędzie mamy do czynienia z uniwersalnymi pytaniami i problemami.

Mogłem liczyć na całą ekipę. Operator Adriano Goldman wykonał wiele bardzo interesujących prac w ostatnich latach, jak „Sin Nombre” czy zdumiewająca wprost „Jane Eyre” i „Reguła milczenia” („Company You Keep”). Adriano ma doskonałe wyczucie wielkich przestrzeni. A Oklahoma to przecież ogromna, wspaniała kraina, z niekończącym się horyzontem. Można stanąć pośrodku drogi i po prostu kontemplować krajobraz. Adriano pomógł nam oddać ten zachwyt, acz bez łatwych efektów. Z kolei David Gropman, z którym pracuję od lat, to wybitny scenograf. Zadbał o każdy szczegół, o wygląd szaf, mebli, butelek. Ci, którzy odwiedzali nas na planie, mówili ze zdziwieniem: jest tu dokładnie tak, jak w domu mojej babci czy mojego wujka. Podobną miłością do detalu odznaczała się twórczyni kostiumów Cindy Evans. Jednym z producentów był George Clooney, pracowaliśmy przy „Ostrym dyżurze”, a było to – trudno uwierzyć – 20 lat temu. Harvey był zdania, że Grant Heslov i George, którzy wspólnie prowadzą firmę producencką, będą gwarancją wysokiej jakości.

Bądźmy zabawni na serio

Chris Cooper przyznał, że nie znał sztuki Lettsa, bo niezbyt często ostatnio bywa w teatrze: kręci filmy i mieszka w Massachusetts. Po zapoznaniu się z tekstem mówił: – Przypomniały mi się czasy studenckie i sztuki Tennnessee Williamsa, Eugene'a O'Neilla i – w mniejszym stopniu – Arthura Millera, w których grałem. Moim zdaniem to jest pisarstwo zbliżonego kalibru, które czerpie z tych bogatych tradycji. Tak więc jak najbardziej byłem zainteresowany udziałem w filmie. Amerykanie ostatnimi czasy nie lubią rzeczy zbyt serio. A tu mamy otwarty melodramat, gdzie bez ogródek i bez znieczulenia porusza się chociażby kwestię śmierci.

Tematy obecne w sztuce i filmie były aktorowi z różnych względów bliskie: – Aktor czerpie z trzech głównych źródeł: researchu, własnych przeżyć i z wyobraźni. Jeśli chodzi o osobiste przeżycia, to wiele czasu spędziłem na ranczo; moi rodzice hodowali bydło w Kansas w latach 60. i 70. Poznałem na własnej skórze uczucie samotności i zagubienia w wielkiej przestrzeni. Czasem przez dwa tygodnie nie widujesz nikogo, co wcale nie musi być złe. Miałem syna, którego straciliśmy w 2005 roku. Relacje mojego bohatera z „Małym” Charliem przypominają mi te bolesne doświadczenia. Bardzo jestem ciekaw odbioru naszego filmu. Spodziewam się reakcji widowni typu: przesadzili, tego już za wiele. Ale myślę, że widzowie dostrzegą, że to nie jest fotograficzne odwzorowanie życia, lecz skondensowany dramat i że po projekcji będą o tym rozmawiać. A ich rozmowy nie będą dotyczyć tego, że świetnie się bawili, lecz będą mieć pewną głębię. Był jeszcze jeden powód, dla którego Cooper przyjął propozycję Wellsa: – Ponowna praca z Meryl (po „Adaptacji”) bardzo mnie ucieszyła. Jest wspaniałą dziewczyną, wspaniałą matką, a jako aktorka daje z siebie wszystko. Nie dąży przy tym do tego, by zdominować partnerów. Przeciwnie – sprawia, że grając z nią też wspinasz się na wyższy poziom.

Aktorskie igrzyska

Wspomniana kluczowa scena obiadu powstawała przez cztery dni. Tak opowiadała o pracy nad nią Meryl Streep: – Najtrudniejsze jest zachować i ukazać świeżość emocji przy 15. czy 30. dublu. Ile razy można być złym czy wzruszającym? To było trochę jak igrzyska olimpijskie. Mówią ci, że jesteś najlepsza? Dobra, ale udowodnij to, mając u boku takich doskonałych partnerów, jak Benedict czy Abigail Breslin. Ale ostatecznie jestem aktorką. I naprawdę lubię pracować. Czasem inni aktorzy patrzą, jak gram, zamiast być ze mną, z moją postacią, reagować na mnie... To nie jest dobre. Ale tak się nie stało w przypadku tego filmu. Aktorka, znana z sumienności, zaczęła się przygotowywać do występu już dziewięć miesięcy przed zdjęciami. Margo Martindale, grająca jej ekranową siostrę, komentowała: – Meryl dała z siebie, jak zwykle, 150 procent. Imponowała łatwością gry, swobodą. Ale przedtem ciężko na to zapracowała.

Bohaterka Streep, Violet, cierpi na raka i uzależnienia. Ale budzi grozę i śmiech, a nie łatwą litość. – Znałam wielu ludzi zmagających się z bólem i kilku narkomanów. Nie potrzebowałam specjalnych, szczegółowych studiów – opowiadała aktorka. – Mam swoje lata i swój całkiem pokaźny bagaż doświadczeń i obserwacji, z których mogę czerpać. Wzorując się na mojej matce, postarałam się odtworzyć jej niecierpliwość. Pamiętam jak mawiała: jesteście zepsuci do szpiku kości.

Nigdy nie pracowałam w moim życiu tak ciężko – komentowała z kolei Julia Roberts. – Dziwi mnie, że aktorzy grający w teatrze osiem przedstawień w tygodniu nie trafiają wszyscy na odwyk. Daliśmy chyba radę, a przykład pracowitości Meryl dodawał nam sił.

Pojedynek gwiazd i mądry śmiech

Streep uważała, że jest szansa, by powstał utwór znaczący: – Ten film jest jak życie. Zabawny i przerażający. Moja bohaterka ma na imię Violet, ale raczej powinna nazywać się Violent (Przemoc), a to dlatego, że jest zabawna i inteligentna, lecz jednocześnie nieustannie karze i atakuje świat i bliskich za swe zmarnowane życie. Te zmagania mają wręcz bezpośredni, fizyczny wymiar. Miałyśmy z Julią scenę walki, z której niewiele pamiętam. Obyło się bez dublerek, nie chciałyśmy ich. Wiem tylko, że następnego dnia naliczyłam sporo zadrapań i siniaków.

W filmie znalazło się, według reżysera, sześć, może siedem linijek dialogu, których nie zawierał oryginalny tekst sztuki. Wells tłumaczył: – Naszym celem było spowodować śmiech widowni, ponieważ ekranowe sytuacje są zabawne. A że są jednocześnie bardzo dramatyczne, śmiech zamiera widzom na ustach. Wiele adaptacji sztuk teatralnych gubi swój komizm, ponieważ film jest bardzo realistycznym medium i umowność musi być ograniczona. Często odwoływałem się do osobistych doświadczeń: wychowałem się w rodzinie, gdzie były skomplikowane, bolesne relacje, ale było także wiele śmiechu, często podszytego bólem. I były także długie posiłki, gdzie ten bolesny humor dochodził do głosu. Reżyser tak podsumowywał pracę nad filmem: – Moim zdaniem to po prostu wielka sztuka, która będzie grana i za sto lat. Dramat rodzinny naszej generacji. Kompletując obsadę, musiałem myśleć o tym jak o bitwie. Nie chodziło tylko o to, by pozyskać utalentowanych ludzi. Musieli być wiarygodni jako rodzina i w dodatku ich styl gry i pracy musiał być na tyle zbliżony do siebie, żeby nie pozabijali się na planie. Meryl nie trzeba uczyć gry, pracuje ciężko jak nikt. A reżyser jest jak dyrygent dysponujący orkiestrą kameralną, w tym przypadku złożoną z wybitnych solistów. By efekt był naprawdę dobry, muszą być doskonale zestrojeni. Julia, wbrew swemu emploi, zagrała rolę kobiety po czterdziestce, pełnej goryczy i złości. Podpowiadałem jej tylko czasem: teraz jesteś zła z tego powodu, teraz z innego. Wystąpiła bez makijażu, ma brudne włosy, wygląda jakby nie miała siły wejść pod prysznic. Opuścił ją mąż, jej bohaterka, choć pełna agresji, cierpi na depresję. Natomiast do roli Ivy przesłuchaliśmy jakieś 50, 70 aktorek. To bardzo trudna rola. Kobieta, której nie zauważasz, ale która z czasem zaznacza swą silną obecność. Julianna Nicholson była zajęta przy sztuce Sama Sheparda i trafiła do nas pod koniec przesłuchań. Pracowałem z nią przedtem i czułem się winny, iż nie pomyślałem wcześniej, że to idealna rola dla niej. Była doskonała. Nie będę jednak rozczarowany, jeśli nie zdobędziemy Oscarów. Nie mamy 60 milionów dolarów na promocję, mamy tylko wielkie nazwiska i wielkie talenty. I uczciwy film, nad którym bardzo ciężko pracowaliśmy. Tak więc ucieszy mnie każdy dowód uznania. I nie ma w tym kokieterii ani nonszalancji.

Piosenkę do filmu – „Last Mile Home”, stworzyli muzycy znanego zespołu rockowego Kings of Leon. – Nie chcieliśmy pisać o relacji matka – córka, ale o tym, co nas czeka, gdy wracamy do domu – o dobrych i złych rzeczach – mówił Caleb Followill, gitarzysta rytmiczny i wokalista.

Jak to jest pracować z Meryl

Benedict Cumberbatch tak opowiadał w wywiadzie opublikowanym w „Pulsie Tygodnia” o swojej roli w tym filmie i o spotkaniu z Meryl Streep: – Gram „Małego” Charlesa, który jest uroczą, zagubioną duszą, starającą się znaleźć swoje miejsce w świecie. A świat go odpycha. On kocha się skrycie w osobie, która znajduje się w jego bliskim otoczeniu i bardzo przez to cierpi. Jest też cały czas traktowany lekceważąco przez swoją destruktywnie kochającą i nadmiernie opiekuńczą matkę, głównie z powodu tajemnicy dotyczącej tego, kim naprawdę jest. To dość tragiczna postać, ale o pięknej duszy. Jest też niezłym wokalistą i tekściarzem. Śpiewam więc i gram na pianinie. To była wspaniała robota. Widziałem spektakl i gdy dowiedziałem się o kręceniu filmu, postanowiłem pójść na casting. Dałbym się pociąć za tę rolę, myślałem. Samo siedzenie przy stole z Meryl Streep i patrzenie na nią było niesamowite, wszyscy byliśmy pod wrażeniem. Właściwie zapomnieliśmy, że mamy grać. Zamieniliśmy się w widownię i obserwowaliśmy jej niezwykły talent. (…) Meryl grała postać cierpiącą na raka przełyku – raz była w stanie nirwany z powodu dużych dawek lekarstw, innym razem wpadała w dołek i przygnębienie. Upijała się podczas czuwania przy zwłokach męża. Postać ta przerabiała huśtawkę nastrojów – od bezbronnej do atakującej, od zagubionej do pewnej siebie, seksownej. Przy czym przejścia z jednego stanu w drugi były niezwykle subtelne. Zastanawiałem się, jak ona odgrywa całą tę orkiestrę uczuć i stanów. W końcu zebrałem się na odwagę i spytałem ją o to. A ona odparła, że to po prostu wychodzi z niej samo, naturalnie. (…) Doszliśmy z Meryl do wniosku, że jeśli aktor ma tylko jeden sposób mierzenia się ze swoim zadaniem, wówczas ogranicza to nie tylko jego, ale też pozostałe osoby, które z nim pracują. Rozmowa z nią dodała mi otuchy, to był bardzo sympatyczny moment.

Materiały: Forum Film



Wpisz swoją opinię:

Przepisz tekst z obrazka: Obraz CAPTCHA
Podpis:
Opinie:
Ten artykuł nie posiada jeszcze żadnych opinii.