Robocop: niezwykłe kino akcji, czyli przebój lat 80

2014-02-18 00:35

W 2028 roku międzynarodowa korporacja OmniCorp jest wiodącym producentem w branży robotyki. Wytwarzane przez nią drony już od lat wspierają zagraniczne operacje militarne, przynosząc firmie milionowe zyski. Teraz nadarza się okazja, by wypróbować kontrowersyjne technologie na rodzimym rynku. Alex Murphy (Joel Kinnaman), kochający mąż, wzorowy ojciec i doskonały policjant, daje z siebie wszystko, aby powstrzymać falę przestępstw w Detroit. Gdy zostaje ciężko ranny na służbie, OmniCorp widzi szansę, by urzeczywistnić plany stworzenia hybrydy maszyny i człowieka – policyjnego cyborga. Korporacja planuje wprowadzić armię RoboCopów do każdego miasta. Potentaci nie wiedzą jednak, że w maszynie może wciąż kryć się prawdziwy człowiek, bezgranicznie oddany idei sprawiedliwości.

Niezwykłe kino akcji, czyli przebój lat 80.

W 1987 roku na ekrany amerykańskich kin trafił futurystyczny thriller „RoboCop” („RoboCop”) w reżyserii Paula Verhoevena („Żołnierz orański”, „Ciało i krew”, „Żołnierze kosmosu”, „Nagi instynkt”, „Show Girls”), z Paulem Wellerem w roli głównej. Krytyka już wtedy doceniła satyryczne intencje holenderskiego reżysera, a film odniósł nie tylko sukces kasowy, ale zdobył także Oscara za montaż efektów dźwiękowych oraz doczekał się dwóch kontynuacji – „RoboCop 2” (1990, reż. Irwin Kershner, z Paulem Wellerem) i „RoboCop 3” (1993, reż. Fred Dekker, z Robertem Johnem Burke). Powstały również: serial telewizyjny („RoboCop: The Series”, 22 odcinki w 1994 roku, w roli głównej Richard Eden), miniserial („RoboCop: Prime Detectives”, 2001, w roli głównej Page Fletcher), dwa seriale animowane („RoboCop”, 1988, 12 odc. i „RoboCop: Alpha Commando”, 1998–1999, 40 odc., głos RoboCopa – David Sobolov) oraz wiele serii komiksów. RoboCop stał się też bohaterem czterech gier wideo.

W Polsce fenomen tej serii doskonale opisał Michał Oleszczyk („Filmweb”), w felietonie „Glina z innej gliny”. Oto fragmenty tekstu:

Tego lata upłynęło ćwierć wieku od premiery „RoboCopa” Paula Verhoevena, najbardziej bezdusznego filmu akcji lat osiemdziesiątych, a zarazem jednego z ciekawszych eksperymentów gatunkowych w historii kina. Przybysz z Holandii – poniekąd wzorując się na dawnych uciekinierach z międzywojennej Europy, którzy zbudowali hollywoodzkie kino okresu klasycznego – wziął na warsztat formułę akcyjniaka sci-fi i twórczo ją powyginał. U szczytu prezydentury Reagana nakręcił parabolę kapitalizmu jako narzędzia odczłowieczenia, stanowiącą zarazem rynkowy produkt idealny, o jakim każda korporacja śni po nocach. Ogień i woda; rewolucja i biznes; albo, by użyć słów producenta filmu Jona Davidsona: „faszystowski film lewicowy” (...) Ze względu na podprogową sympatię, jaką Verhoeven żywi dla anarchistycznego występku, jego film nie jest prawdziwym moralitetem, a tylko satyrą na możnych tego świata i na ich destrukcyjną chciwość. RoboCop jest w pewnym sensie nowym wcieleniem Brudnego Harry'ego z klasycznego filmu Dona Siegela; jest między nimi jednak ważna różnica. Nawet jeśli RoboCop zbliża się do Harry'ego Callahana pod względem skuteczności, to nie ma w nim nawet cienia moralnego oburzenia, które kazało porucznikowi Clintowi Eastwoodowi niemal spluwać na ścigane przez jego postać szumowiny. Robo zaprowadza ład, bo tak został zaprogramowany, a Verhoeven bynajmniej nie odwraca ze wstrętem głowy od napędzanych kokainą czarnych charakterów – wręcz przeciwnie, to oni interesują go najbardziej. (...) Tak czy siak, na serii zdaje się ciążyć klątwa. Mimo gigantycznego sukcesu pierwszego filmu, jego obydwa sequele z lat 1990 i 1993 okazały się porażkami i wywołały nienawiść do pracującego nad nimi Franka Millera (dopiero później tryumfującego w świecie filmu za sprawą „Sin City. Miasta grzechu”). Im dalej w las, tym więcej było w „RoboCopie” zamierzonej i niezamierzonej komedii; tym bardziej bezwstydne okazywały się próby jego „uczłowieczania”. O ile w części drugiej zaledwie głaskał w przelocie niemowlę znalezione w miejscu strzelaniny, o tyle w trzecim odcinku dostał już pod opiekę małą dziewczynkę, jakby wypożyczoną z hollywoodzkiego magazynu humanizujących dzieciaków, z której James Cameron skorzystał z większym powodzeniem w „Obcym – decydującym starciu”.

Kultowa klasyka na nowo

O nowej wersji „RoboCopa” myślano już od 2005 roku, pracował nad nią Darren Aronofsky. Ostatecznie jednak reżyserię w 2011 roku powierzono Brazylijczykowi José Padilhi, docenionym po wielkim sukcesie dwóch części filmu „Elitarni”, który opowiadał, w niezwykle dynamicznej formie, o moralnych niebezpieczeństwach w walce z przestępczością w fawelach. „RoboCop” kosztował ponad 120 milionów dolarów, kręcono w Toronto i Vancouver w Kanadzie oraz w Hamilton i Detroit w USA.

Padilha tak wspominał swe początki pracy nad „RoboCopem”: – Jakieś trzy lata temu zaproszono mnie do biur MGM, by zaproponować mi kilka projektów, którymi ewentualnie mógłbym się zająć. Szczerze mówiąc, żadna z propozycji do mnie specjalnie nie przemówiła. I wtedy zobaczyłem na ścianie plakat „RoboCopa” Verhoevena i wykrzyknąłem: o, to jest właśnie coś dla mnie! Spytali mnie, jak sobie wyobrażam ten film. Powiedziałem, że widzę go jako opowieść o powiązaniu faszystowskich tendencji z dążeniem do automatyzacji w egzekwowaniu prawa. Podobnie było i w pierwszym filmie, ale uważałem, że tym razem musimy brać pod uwagę współczesne realia, zwłaszcza zaś niebywały skok technologiczny. Mamy rok 2028 i roboty są używane powszechnie w wojennych działaniach poza granicami USA. W kraju nie są jednak dopuszczane do działań policyjnych z obawy przed zbyt łatwym naciskaniem spustu. Tak to wymyśliłem i w końcu zrobiliśmy film, rozwijając konsekwentnie ten koncept. A więc wszystko doskonale się złożyło: oto klasyk – ikona, fan tego filmu i ten plakat – a wreszcie decyzja studia: róbmy to! Producent Marc Abraham dodawał: – Wykorzystaliśmy szansę podjęcia współpracy z filmowcem, który ma na koncie doskonałe dokumenty oraz „Elitarnych”, czyli triumf kasowy. Wszystkie jego filmy działają na dwóch poziomach: są pełne akcji, dynamiczne, widzimy w nich sceny, jakich do tej pory nie oglądaliśmy, a jednocześnie mówią nam coś ważnego o dzisiejszym świecie. Taki miał być także „RoboCop”.

Reżyser, który zajmował się fizyką, zanim zdecydował się na karierę filmową, był od dawna zafascynowany możliwościami rozwijającej się gwałtownie nauki i jej wielkimi paradoksami: – Ludzkość rzeczywiście się zmienia i to w tempie przyspieszonym. Przeważnie ma to pozytywny wpływ na nasze życie. Wyobraźcie sobie, jakim koszmarem był ból zęba w średniowieczu. Ale pewien słynny fizyk powiedział kiedyś: nauka to jest klucz do dwojga drzwi – jedne otwierają się na drogę do raju, drugie na tę do piekła. Wniosek: trzeba mieć oczy szeroko otwarte na to, jak się wykorzystuje naukowe odkrycia. „RoboCop” stawia trudne pytania związane z rozwojem technologii. Na przykład: jeśli przez pomyłkę policjanta-robota ginie dziecko, kto za to ponosi odpowiedzialność?

Gdy fantazja staje się rzeczywistością

W latach osiemdziesiątych, gdy powstał pierwowzór naszej opowieści, policjant: w połowie człowiek, w połowie robot, wydawał się wytworem fantazji. Dziś wyrafinowane protezy, drony, czy też taki wynalazek jak samodzielnie jeżdżące samochody – wszystko to stało się częścią rzeczywistości, a za moment pewnie i codzienności. I powoduje wiele trudnych do rozstrzygnięcia prawnych i moralnych problemów – tłumaczył reżyser. – Postać Alexa Murphy'ego uosabia te kwestie. Co się stanie, gdy uwięzimy człowieka wewnątrz maszyny? Co się stanie, gdy decyzje za człowieka (bo jeśli chodzi o drony, to przecież wciąż decyduje człowiek) będzie podejmował algorytm, już niejako samodzielnie? Jedną z kluczowych kwestii jest też pytanie o tożsamość. Zadaje je sobie Alex. Zachował świadomość, władze umysłowe, może podejmować decyzje. Ale nie może kochać się z żoną, ani też nawiązać emocjonalnego kontaktu z synem. To koszmar być RoboCopem. Alex staje przed egzystencjalną kwestią – musi zdecydować, czy jest człowiekiem czy może jednak maszyną.

Alex Murphy, wcześniej wzorowy policjant, a także mąż i ojciec, ma stać się specyficzną gwiazdą, reklamą produktu przygotowywanego przez potężny koncern zbrojeniowy. Okoliczności wydają się idealnie dobrane – Detroit jest gnębione przez plagę korupcji i przestępczości, wielu policjantów ginie na służbie. Nowy rodzaj stróża prawa ma chronić ich życie i życie mieszkańców. Problem leży w tym, że maszyna, bez chwili wahania pociągająca za spust, będzie zapewne budzić lęk, wręcz przerażenie. Potrzebne jest „ocieplenie wizerunku” produktu. Dlatego śmiertelnie ranny Murphy zostaje na swój sposób ocalony, ale za cenę tego, że staje się częścią maszyny. – Dla firmy, która wyprodukowała RoboCopa, to produkt, który ma być jak najkorzystniej sprzedany, a więc cenny prototyp – kontynuował Padilha. – Jest gotowy do wypuszczenia na rynek i testuje się go w podobny sposób, w jaki firmy sprzedające napoje gazowane testują wprowadzenie na rynek nowej butelki. Wiele wysiłku włożono w to, by RoboCop miał doskonały design. Firma spodziewa się kontraktów na miliardy dolarów. Ale popełniła jeden wielki błąd – ma ciągle do czynienia z człowiekiem, który wykorzysta swe nowe moce, by dotrzeć do prawdy – jaka by ona nie była.

Joel Kinnaman („Szybki cash”, serial „The Killing”, w Polsce pokazywany przez stację Fox Life pod tytułem „Dochodzenie”), odtwórca roli Murphy'ego, tak mówił o swym niezwykłym bohaterze: – Szefowie korporacji wychodzą z założenia, że RoboCop powinien podejmować własne decyzje, ale w ograniczonym zakresie. Pozostawiają mu jego ludzką wrażliwość w sytuacjach wymagających społecznego wyczucia, ale gdy pojawia się zagrożenie lub złamano prawo, kontrolę nad jego działaniem przejmuje komputer. Gdy ludzie korporacji przekonają się, że ciągle żywe osobiste emocje Alexa czynią system operacyjny niewydolnym, będą chcieli temu radykalnie zaradzić. Ale okazuje się, że Alex zaczyna podejmować własne decyzje, nawet jeśli działa w policyjnym trybie operacyjnym. Nastąpiło jakieś zagadkowe sprzężenie zwrotne, które zainfekowało system. Co je spowodowało? Czyżby coś tak nieuchwytnego jak dusza Alexa? Chciałem zwrócić uwagę, że nasza wizja policjanta-robota mocno różni się od tej z 1987 roku. Jest to twór o wiele bardziej zaawansowany. Przecież już dziś mamy do czynienia z protezami nóg czy rąk o niewyobrażalnych kilka dekad temu właściwościach. José pragnął nakręcić rozrywkowy film akcji, w którym znajdą się etyczne i filozoficzne kwestie dotyczące bliskiej przyszłości, a ja chciałem stać się częścią tego projektu. Moim zdaniem, nasz film kreśli bardzo prawdopodobną wizję przyszłości. Jest też przejmujący, gdy opowiada o odzyskiwaniu przez bohatera świadomości, kim jest – dzieje się tak, gdy powoli zaczyna rozpoznawać swą rodzinę, a wreszcie podejmuje śledztwo w sprawie własnego zabójstwa.

Gary Oldman („Dracula”, „Szpieg”), grający naukowca Nortona, głównego twórcę RoboCopa, zauważył: – Dobre intencje często nie wystarczają. Mój bohater miał jak najlepsze zamiary. W przeszłości pomógł wielu ludziom, choćby ofiarom wypadków. Chciał pomagać i tym razem, ale z czasem został skorumpowany, bo dostał niemal nieograniczone fundusze na swój projekt, a to demoralizuje. Widzi, że jego wynalazek może służyć bardzo złym celom. W dodatku dochodzi do czegoś w rodzaju usterki. Mój bohater usiłuje ją naprawić, ale jest pod presją czasu, w dodatku czuje się związany ze swym dziełem, jak ojciec z synem, co przypomina opowieść o Frankensteinie. Niezwykłe w tym filmie jest i to, że w końcu mój bohater jest gotów ponieść ze swe błędy odpowiedzialność. Kinnaman potwierdzał obserwacje Oldmana: – Tych dwóch bohaterów łączy silna relacja, niczym ojca i syna. W pewnym momencie dochodzi do kryzysu zaufania, ale być może da się je odbudować. O pracy z Padilhą Oldman mówił tak: – Ma w sobie entuzjazm, podoba mi się jego twórcze podejście do popkultury i szacunek do dokonań poprzedników. Ale ma też wewnętrzny spokój. To ważne, jeśli pracujesz z kimś przez kilka miesięcy 15 godzin na dobę.

Determinacja i odmiany zła

Abbie Cornish, grająca żonę Murphy'ego, komentowała: – Myślę, że istotne jest tu pytanie o granice człowieczeństwa, które mogą stać się niepokojąco płynne. Dlatego tak ważny jest wątek rodzinnych relacji bohatera, co doskonale rozumiemy, gdy w prologu widzimy ją szczęśliwą z mężem i synem. Ale wkrótce ta harmonia zostanie zburzona. Zdecydowałam się zagrać w tym filmie zarówno ze względu na film z 1987 roku, który oglądałam z braćmi w dzieciństwie, jak i na osobę reżysera, którego filmy zrobiły na mnie duże wrażenie. Wysłannicy studia mówili początkowo: to będą może trzy, cztery sceny. Ale okazało się, że w stosunku do oryginalnego filmu rola żony Alexa i kwestia jego relacji rodzinnych zostały bardzo rozbudowane. Clara to pełna wewnętrznej siły kobieta, gotowa na każde poświęcenie dla męża i syna. Ta siła i determinacja Clary doprowadzi ją do konfrontacji z koncernem OmniCorp. Jednego z jego szefów zagrał Michael Keaton, pamiętny między innymi z roli Batmana. – Potrzebowaliśmy kogoś charyzmatycznego, a nie jeszcze jednego schematycznego łotra – mówił reżyser. – Michael jest idealny, a kamera go kocha, wręcz podąża za nim. Podobnie jak za obdarzonym wielką charyzmą Samuelem L. Jacksonem, który zagrał telewizyjną gwiazdę, lansującą usilnie walkę z przestępczością za pomocą mechanicznych środków.

Keaton tak wyjaśniał swe zaangażowanie w projekt: – José jest jednym z najinteligentniejszych reżyserów, z jakimi pracowałem. Zgodziliśmy się, że nie chcemy uczynić z mojego bohatera jeszcze jednego umownego maniaka, który chce rządzić światem. Według mnie on rzeczywiście uważa, że silne moralne racje stoją za tym, co wymyślił. A potem zaczyna racjonalizować swe coraz gorsze decyzje, co wiąże się także z jego wielkim ego. Przygotowując się do roli, rozmawiałem z Hugh Herrem z MIT i innymi wybitnymi specjalistami od robotyki. Po tych rozmowach uzmysłowiłem sobie wielką skalę związanych z tą dziedziną problemów. Myślę, że jeśli Josému uda się zrealizować przynajmniej połowę z tego, co zamierzył, powstanie świetny film. Nazwałbym to widowiskiem akcji dla ludzi myślących. Reżyser dodawał: – Sellars myśl tak: roboty są odporne na korupcję, nie męczą się, nie żywią uprzedzeń, także rasowych, powinny być sprawniejsze od ludzi. Widzi same korzyści, nie chce dostrzec błędów.

Oldman komplementował Keatona: – Moim zdaniem to jedna z jego najlepszych ról. Dał Sellarsowi wiele uwodzicielskiego wdzięku. Jestem przekonany, że podobni do tego bohatera ludzie w prawdziwym życiu bywają obdarzeni zbliżoną charyzmą.

Jay Baruchel („Za wszelką cenę”, „Jak wytresować smoka”, „To już jest koniec”), występujący w roli speca od marketingu zatrudnionego przez OmniCorp, wnosi do filmu element humoru. Dobrze zna filmy o RoboCopie i bardzo je ceni. Oglądał również obie części „Elitarnych” i uważa je za wielkie osiągnięcie: – José nie wygłasza kazań, nie wskazuje palcem, co jest dobre, a co złe. Pokazuje skomplikowaną rzeczywistość i skłania do myślenia – mówił. – Uważam, że doskonałym pomysłem były próby przed rozpoczęciem zdjęć. Pozwoliły lepiej uchwycić relacje między postaciami, a mnie osobiście – przezwyciężyć nieśmiałość wobec aktorów, którzy są moimi idolami. Mój bohater, Pope, usiłuje wszystko sprzedać jako dobry produkt. Jest w tym na swój sposób zabawny, ale trudno go nazwać porządnym facetem. Moim zdaniem, nasza wersja jest w mniejszym stopniu satyrą (a taki był film z 1987 roku), a w większym filmem o wydźwięku politycznym. I na pewno zdecydowanie różni się od popcornowych filmów akcji. Przy tym dla mnie, maniaka filmu, praca z Michaelem Keatonem, Jennifer Ehle i Gary Oldmanem to spełnienie marzeń. O ileż rzeczy mogłem ich zapytać! Na przykład Michael zaskoczył mnie znakomitą znajomością Kanady. Wiele dzieciaków z mojego kraju nie zna go tak dobrze jak on. W filmie pojawiło się także wielu innych cenionych aktorów, na przykład Michael K. Williams („Zniewolony”, seriale „Prawo ulicy” i „Zakazane imperium”), który zagrał policyjnego partnera Murphy'ego, a potem RoboCopa. – Było to dziwne doznanie – wspominał. – Najpierw grałem z Joelem, a potem z RoboCopem. Jennifer Ehle („Wróg numer 1”) wystąpiła jako prawniczka OmniCorp Liz Kline: – Ma ona do czynienia z problemami zbliżonymi do dzisiejszych – jak pogodzić zawrotny rozwój technologii z precyzyjnym stanowieniem prawa. Samuel L. Jackson („Pulp Fiction”, „Długi pocałunek na dobranoc”), w roli telewizyjnego komentatora politycznego, zadziwił reżysera: – Miał do wygłoszenia bardzo długie monologi. Był bezbłędny. Każdy z nich nakręciliśmy za pierwszym podejściem.

Twórcy filmu nie chcieli, by ich opowieść była wygrana na jednej, niezbyt radosnej nucie, ani by film stał się cieniem znanego poprzednika. Uprzedzając zarzuty o recykling dawnych pomysłów, Kinnaman stwierdził: – Dobre opowieści są właśnie po to, by je opowiadać na nowo, idąc z duchem społecznych przemian i stawiając sprawy w nowym świetle. Jakoś nikt nie ma pretensji, że tworzy się kolejną adaptację „Hamleta”. A myślę, że i w naszym przypadku mamy do czynienia z intrygującą historią. Wiem, co mówię, bo pierwszego „RoboCopa” oglądałem w dzieciństwie ze dwadzieścia razy.

Roboty są cool

Twórcy filmu nie zaprzeczają, że film, zawierający element egzystencjalnej refleksji, jest jednocześnie pełnym rozmachu futurystycznym widowiskiem. Producent Eric Newman tak o tym mówił: – Jednym z najbardziej ekscytujących elementów pracy nad filmem, dla nas jako filmowców i jednocześnie fanów, było wymyślenie wyglądu i sposobu działania robotów. Punktem wyjścia była wizja wzięta z oryginalnego filmu, ale bardzo wzbogacona i unowocześniona. Było z tym wiele zabawy. Mamy więc roboty ED-209, czyli hiperagresywne, zabójcze maszyny, a także roboty EM-208, humanoidalnych perfekcyjnych żołnierzy.

Scenograf Martin Whist, który pracował nad różnymi wersjami RoboCopa i innych robotów bojowych, wspominał, że właściwie każdy fantazyjny pomysł znajdował, jak się wkrótce okazywało, potwierdzenie w rzeczywistości: – Każdy pomysł, jaki mieliśmy odnośnie wyglądu i działań RoboCopa, po przeprowadzeniu researchu, okazywał się mieć realne odpowiedniki. Ktoś to już przed nami sprawdził i – często – przetestował. Na przykład istnieje sprawny system kierowania ruchami robotów poprzez sensory przekazujące impulsy z mózgów operatorów. Wykorzystaliśmy ten pomysł w kierowaniu zabójczą bronią Taserem.

W pierwszym filmie użyto techniki animowanej stop motion, gdy pokazywano robota ED-209. Na potrzeby nowego filmu zastosowano oczywiście efekty wizualne nowej generacji. – Gdy pierwszy raz widzieliśmy ED-209 w filmie Verhoevena, był to pamiętny moment, lecz widoczne były ograniczenia tej techniki, wynikające z ówczesnych możliwości ruchu kamery i kompozycji ujęć – mówił czuwający nad efektami wizualnymi James E. Price. – Współczesne techniki zapewniają nam o wiele większą elastyczność. Byliśmy w stanie doskonale zintegrować wyrafinowany ruch i kompozycję scen. Odpowiada to stylowi Joségo, który uwielbia dynamiczną pracę kamery.

Whist tak opowiadał o koncepcji wyglądu RoboCopa: – Pierwszy kostium, utrzymany w srebrnej tonacji, z odcieniami i refleksami błękitu i magenty, był hołdem i nawiązaniem do oryginalnego filmu. Drugi jest czarny, wygląda na prostszy i nowocześniejszy oraz bardziej agresywny. Samo nakładanie kostiumu RoboCopa trwało ponad pół godziny. Kinnaman poświęcał się jednak, bo widział w tym sens: – W kostiumie-pancerzu jestem znacznie wyższy. Bardzo krępował mi ruchy i powodował, że ruszałem się i zachowywałem inaczej. Ale tak miało być. Kostium jest bardzo ciężki i było mi w nim bardzo gorąco. Myślę jednak, że te niedogodności pomogły mi zbudować rolę: czułem się uwięziony – choć w oczywiście nieporównywalnie mniejszym stopniu – niczym Murphy. Ważną zmianą w stosunku do filmu Verhoevena było to, że o wiele częściej widać moją twarz. Same tylko oczy widać przez wizjer w kasku dopiero wtedy, gdy RoboCop przechodzi w tryb bojowy. Naszym założeniem było, że RoboCop, choć ma niezwykłe moce, porusza się jak zwykły człowiek. Ale złożyliśmy też hołd Peterowi Wellerowi – poruszam się podobnie jak on: najpierw wysuwam głowę, dopiero potem ramiona. By wypaść wiarygodnie w scenach walk – Murphy był przecież członkiem słynnej jednostki SWAT – których w filmie nie brak, odtwórca roli tytułowej szkolił się w tajskim boksie i brazylijskiej wersji jujitsu. Przeszedł też dokładne szkolenie w posługiwaniu się bronią, dzięki szwedzkim siłom specjalnym. Ważnym trenerem był także słynny policjant, zwany wujaszkiem Scottie, który pracował 25 lat w Los Angeles, w tym dziesięć lat właśnie w SWAT.

Nie tylko Kinnaman musiał pogodzić się z ciężkim kostiumem. Jackie Earle Haley (nominowany do Oscara za „Małe dzieci”), występujący w roli trenera RoboCopa, Mattoxa, wspominał: – Nakładałem swój kostium zwany szkieletem, który wyglądał świetnie, w ciągu 20 minut i równie prędko mogłem się go pozbyć. To doprawdy pestka w porównaniu z charakteryzacją Freddy'ego Kruegera, którą nosiłem w „Koszmarze z Elm Street”. Wtedy przygotowanie kostiumu i charakteryzacji trwało dobre pół dnia. Miałem pewne ułatwienie grając Mattoxa, człowieka z przeszłością wojskową, speca od broni. Trzynaście lat temu przeprowadziłem się do Teksasu i od tego czasu ćwiczę się w strzelaniu z moim przyjacielem – trochę polujemy, ale głównie poznaję różne rodzaje broni, bo to się przydaje w filmach. Tym razem bardzo się przydało.

Scenograf Whist był najbardziej dumny z motocyklu RoboCopa: – Stworzyliśmy coś na kształt niezwykle agresywnego, gotowego do ataku zwierzęcia. Punktem wyjścia był jeden z modeli Kawasaki 1000. Radykalnie powiększyliśmy mu koła, zmieniliśmy kształty na bardziej opływowe, dodaliśmy komputerowe panele. Ale naszą ambicją było, żeby ten motocykl nie tylko świetnie wyglądał, ale naprawdę jeździł. I tak się stało. RoboCop nie ma natomiast specjalnego samochodu, mamy tu tylko samochody policji z Detroit, oparte na nowym modelu Forda Taurus o przejmującym sygnale dźwiękowym i kształtach, które nie są przesadnie futurystyczne, lecz są raczej rozwinięciem współczesnych trendów. Ich design został wzmocniony przez komputerową obróbkę. Żadnych latających aut i innych tego typu śmiesznych pomysłów – to było nasze założenie.

Specjalista od efektów wizualnych Jamie Price tak opowiadał o swojej pracy: – W filmie jest około 1600 ujęć ze specjalnymi efektami wizualnymi. Pojawiają się one głównie wtedy, gdy RoboCop dokonuje nadludzkich wyczynów; związane są też z jego charakterystycznym sposobem poruszania się. Dodaliśmy Joelowi, za pomocą efektów komputerowych, nadludzkiej siły i szybkości. Miało to wyglądać wiarygodnie, dlatego ten specyficzny ruch dokładnie skoordynowaliśmy z grą aktora. Pracowaliśmy także oczywiście nad innymi robotami ważnymi dla akcji: ED-209, humanoidalnym EM-208 i dronami. EM-208 wymyśliliśmy na potrzeby naszego filmu. Są lżejsze i bardziej zwrotne niż ED-209 przypominające czołgi. Wielka część naszej pracy to dodanie do współczesnego pejzażu Detroit przyszłościowych budynków oraz pojazdów. Chodziło nam jednak o stworzenie wrażenia ewolucji tego, co już znamy, a nie o ekstrawagancką wizję futurystyczną. Reżyser dodawał: – Efekty specjalne były bardzo ważne. To dla mnie kolejna lekcja rzemiosła. Chcieliśmy, by film wyglądał realistycznie, dlatego skoordynowaliśmy efekty komputerowe z akcją, jak tylko potrafiliśmy najlepiej. Myślę, że mamy tu kilka popisowych sekwencji. Jak ta, w której jest w użyciu 50 sztuk broni palnej, a plan jest oświetlany jedynie rozbłyskami wystrzałów.

Brazylijczyk Padilha jest reżyserem, którego ambicją jest być blisko prawdziwego świata. Zrealizowany przez niego dokument „Autobus 174” zdobył nagrodę Emmy i został zaliczony przez „New York Times” do najlepszych filmów roku. Padilha ma na koncie dwie części wspomnianego filmu „Elitarni”, które biły rekordy popularności w jego rodzinnym kraju. „RoboCop” to jego amerykański debiut. – Do tej pory moje filmy były bardzo silnie inspirowane przez rzeczywistość. „RoboCop” jest oczywiście inny, ale jak już wspominałem, technologie, które opisywał pierwszy film, zapukały do naszych drzwi. Jakby rzeczywistość dogoniła fikcję. Jestem przekonany, że chociażby na forum ONZ czeka nas debata na temat wykorzystania robotów w prowadzeniu wojen. Nie unikniemy też dyskusji nad tym, kto ma podejmować decyzje o życiu i śmierci w warunkach policyjnej służby. W naszym filmie Alex nie jest martwy, zachowuje świadomość. To nie przypadek, to jest nasz głos w tej dyskusji. Decyzję o pociągnięciu za spust powinna podejmować istota ludzka, bo tylko ona jest zdolna zrozumieć dramatyczne częstokroć konsekwencje swych czynów. Powtarzam: mechaniczne traktowanie przemocy otwiera drogę do faszyzmu – taka jest główna myśl naszego filmu.

Materiały: Forum Film 



Wpisz swoją opinię:

Przepisz tekst z obrazka: Obraz CAPTCHA
Podpis:
Opinie:
Ten artykuł nie posiada jeszcze żadnych opinii.