Kamienie na Szaniec: niech żywi nie tracą nadziei i przed narodem niosą oświaty kaganiec …

2014-03-03 10:43

Za zdjęcia odpowiada najbardziej zaufany współpracownik Romana Polańskiego, Paweł Edelman - jeden z najlepszych operatorów filmowych na świecie, doceniony przez międzynarodowych krytyków. Nakręcił takie obrazy jak „Kroll”, „Psy”, „Pan Tadeusz”, „Pianista”, „Katyń”, „Autor widmo”, „Rzeź”, „Pokłosie” czy „Wałęsa. Człowiek z nadziei”. W 2003 roku został nominowany do Oscara za film „Pianista”. Jest również laureatem Hollywoodzkiej Nagrody Filmowej jako Operator Roku 2005.

Oprawę plastyczną filmu stworzyła Ewa Skoczkowska, doświadczona scenograf, doceniona przez polski oraz amerykański przemysł filmowy. Współpracowała z najbardziej znanymi reżyserami na świecie – Stevenem Spielbergiem, Taylorem Hackfordem oraz Agnieszką Holland i Wojciechem Smarzowskim. Tworzyła scenografię do takich filmów jak „Lista Schindlera” (jako dyrektor artystyczny), „Sara”, „Boże skrawki”, „Pręgi” (za ten film otrzymała nominację do Orła, najważniejszej polskiej nagrody filmowej), „Julia wraca do domu”, „Ki”, „Dowód życia”. Ewa Skoczkowska jest laureatką prestiżowej nagrody Emmy (za dokument „Hindenburg: The Untold Story” z 2011 roku), przyznawanej najlepszym produkcjom telewizyjnym.

Scenografię uzupełniają kostiumy Elżbiety Radke, która w przeszłości odpowiadała za „Lawę”, „Podwójne życie Weroniki”, „Psy”, „Cwał”, „Dług”, „Duże zwierzę”, „Pogodę na jutro”, „Ogród Luizy” czy „Małą maturę 1947”. Swoje doświadczenie i zmysł przy kreowaniu kostiumów dla kina historycznego, Elżbieta Radke zaprezentowała w serialu „1920. Wojna i miłość”.

Za efekty specjalne i pirotechniczne odpowiada światowej sławy profesjonalista Simon Cockren, który współpracował przy ponad 50 produkcjach filmowych, wśród których znajdują się takie tytuły jak „Obcy – decydujące starcie”, „Szeregowiec Ryan”, „Skarb narodów”, „Aleksander”, „Red 2” i „Szybcy i wściekli 6”. Efekty komputerowe realizuje studio Di FACTORY znane ze współpracy ze Stevenem Spielbergiem i Jamesem Cameronem. Zatrudnienie specjalistów światowej sławy ma na celu unowocześnienie obrazu filmowego i przybliżenie poziomu realizmu do największych hollywoodzkich superprodukcji.

ROBERT GLIŃSKI O FILMIE

EKSPLIKACJA REŻYSERA 

Film, który robimy nie jest tradycyjną adaptacją książki „Kamienie na szaniec”. W swojej powieści Aleksander Kamiński zbudował zmitologizowaną historię polskiego harcerstwa. Pokazał wyidealizowane postaci i wydarzenia, które zyskały rangę heroicznych czynów. Nasz film proponuje współczesne, filmowe spojrzenie na tą literacką opowieść. Dąży do odbrązowienia pomników. Stara się odnaleźć autentyzm w swoich bohaterach wykorzystując wizualną siłę kina.

KONCEPCJA ADAPTACJI

Kluczem do zrozumienia filmowej adaptacji jest geneza oraz interpretacja tytułu. „Kamienie na szaniec” to cytat z „Testamentu mojego”, jednego z najbardziej znanych wierszy Juliusza Słowackiego:

Niech żywi nie tracą nadziei,

I przed narodem niosą oświaty kaganiec,

A kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei,

Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec!”

Wiersz ten był tematem częstych dyskusji wśród harcerzy Szarych Szeregów. Rozmawiali o książce Karola Koźmińskiego, „Kamienie na szaniec” napisanej w 1937 roku, która opowiadała o losach żołnierzy Legionów Polskich Józefa Piłsudskiego, poległych w walkach o niepodległość Polski. Harcerze dyskutowali o pokoleniach swoich ojców i dziadów, skazanych na śmierć przez historię na barykadach i w okopach. Spierali się o sens i ideę tej ofiary. Oni, urodzeni w wolnej i niepodległej Polsce, nie zdawali sobie sprawy, że staną wobec podobnego wyroku Wielkiej Historii – los ciśnie nimi jak kamieniami na szaniec.

ZDERZENIE MITU I RZECZYWISTOŚCI

Najważniejsze problemy, które podejmuje film dotyczą postawy młodych bohaterów wobec walki zbrojnej. Czy warto budować szańce z tak cennego budulca, jakim jest ludzkie życie? Czy lepiej "nieść oświaty kaganiec", niż "na śmierć iść po kolei"? Czy kamienie na szańcu to głazy niepotrzebne, porzucone? A może stanowią element nadziei i ochrony, bo taką właśnie rolę pełni szaniec?

Nie chodzi jednak o górnolotne hasła, ale o konkretne sytuacje, gdy trzeba dokonać wyboru i wziąć odpowiedzialność za własne czyny. Czy pozostać przy działaniach dywersyjnych i nękać okupanta akcjami typu gazowanie kin? Czy mały sabotaż, w którym harcerze także narażają życie i często płacą najwyższą cenę, jest słuszną decyzją? Czy raczej należy stanąć do bezpośredniej walki, choćby ze starą i zdezelowaną bronią, mając poczucie konieczności takiego absurdalnego wyboru? Czy ginąć dla Ojczyzny jak nakazuje tradycja romantyczna czy „mieć to w nosie” jak proponuje Maria Peszek w piosence „Sorry Polsko”? Filmowa adaptacja książki Kamińskiego jest zogniskowana na tym konflikcie - zderzeniu mitu i rzeczywistości oraz porównaniu różnych postaw bohaterów.

FILM Z HISTORIĄ W TLE

Powieść „Kamienie na szaniec” nie była rekonstrukcją faktów historycznych. Zarówno bohaterowie, jak i opowiedziane wydarzenia zostały podporządkowane idei, jaka przyświecała Kamińskiemu podczas pisania książki w 1943 roku. A tworzył ją "ku pokrzepieniu serc" - dla społeczeństwa wymęczonego okupacją, dla harcerzy, którzy stracili swoich przyjaciół.

Tak zresztą, po przeczytaniu maszynopisu powieści w 1943 roku, powiedział o autorze Tadeusz Zawadzki Zośka,: „Trzeba uznać jego prawo do nadawania sylwetkom bohaterów opowiadania takich cech, jakie autor uważa za potrzebne. Książka nie jest zatem dokumentem, ale opowiadaniem stworzonym przez Aleksandra Kamińskiego” (cytat za Janem Rossmanem).

Musiałem zatem dotrzeć także do innych materiałów, które portretowały bohaterów oraz opisywały słynną akcję odbicia Rudego pod Arsenałem. Najciekawsze to relacja siostry Zośki – Anny Zawadzkiej i jego przyjaciela Jana Rossmana w książce poświęconej Tadeuszowi Zawadzkiemu. Wiele faktów podaje Stanisław Broniewski „Orsza”, naczelnik Szarych Szeregów (m.in. w książkach „Akcja pod Arsenałem”, „Całym życiem”). Tu jednak należy zachować ostrożność i do informacji tych podchodzić z rezerwą, ponieważ Zośka był w pewnym okresie mocno skonfliktowany z „Orszą”. Bardzo ciekawa jest relacja spisana przez samego Tadeusza Zawadzkiego z kwietnia 1943, zatytułowana „Kamienie przez Boga rzucone na szaniec”, która nota bene stała się materiałem wyjściowym do książki Kamińskiego.

Wiele, zwłaszcza jeśli chodzi o ludzki wymiar postaci Zośki i Rudego dały mi rozmowy z Wacławem Zawadowskim (brat ”Grubego”), w domu którego często bywali bohaterowie „Kamieni na szaniec”. Dzięki uprzejmości córki Władysława Słodkowskiego (pseudonim „Kurant”), niezwykłe informacje znalazłem w jego osobistym archiwum. Notatki, listy, a także komiksy z okresu, gdy w „Gromadzie” spotykali się między innymi Rudy i Monia – Maryna Trzcińska. Wtedy nie tylko rozmawiali o konspiracji, ale także bawili się, robiąc na przykład wspólne filmy. Niestety film, w którym Monia grała rolę famme fatale zaginął. O obyczajach epoki dużo opowiadał nam profesor Wojciech Wolski, przewodniczący Stowarzyszenia Szarych Szeregów. Dla mnie bardzo ważne były także chwile wspomnień mojej mamy, która była w Szarych Szeregach, znała Zośkę, a potem walczyła w kompanii Rudy Batalionu Zośka w powstaniu warszawskim, pod dowództwem Andrzeja Moro.

Moją intencją nie była jednak rekonstrukcja faktów, ani tym bardziej weryfikowanie relacji świadków przedstawianych zdarzeń. W humanistyce już dawno upadła wiara w fakt historyczny. Nie ma obiektywnych wydarzeń. Każde jest inaczej postrzegane przez innego uczestnika. Dowolne wydarzenie zmienia się wraz z upływem czasu. Film ma otwierać dyskusję o zdarzeniach, które rozegrały się w historii, a nie ją zamykać. Prawda nie tkwi w faktach, ale w postaciach.

BOHATEROWIE

Od strony dramaturgicznej adaptacja opiera się na zderzeniu postaw dwóch bohaterów – Zośki (Tadeusz Zawadzki) i Rudego (Jan Bytnar). Pierwszy z nich pragnie, aby harcerze włączyli się do walki zbrojnej, natomiast drugi uważa, że powinni unikać bezpośredniej konfrontacji z wrogiem. Zośka i Rudy to przyjaciele, którzy działali w przedwojennym harcerstwie, skąd w 1941 roku przystąpili do Szarych Szeregów. Aktywnie uczestniczyli w małym sabotażu (zrywanie flag hitlerowskich, gazowanie kin, kolportaż ulotek, itp.). W końcu 1942 roku znaleźli się w Grupach Szturmowych, które były formacją nastawioną na walkę zbrojną z okupantem. Jej początki były trudne, ponieważ brakowało uzbrojenia. Rok 1943 był dla nich tragiczny - aresztowanie Rudego, akcja pod Arsenałem, a potem śmierć Jana Bytnara i kilka miesięcy później Zośki.

Filmową opowieść koncentruję na „odbrązowieniu” pomnikowych postaci-legend, tak aby współczesny odbiorca znalazł w nich osoby bliskie sobie - chłopców i dziewczęta, którzy chcieliby zwyczajnie żyć, rozwijać swoje pasje, cieszyć się młodością, przyjaźnić się, kochać. Z drugiej strony film jest także kontrpropozycją wobec współczesnych trendów „odczytywania” bohaterów „Kamieni na szaniec” i ich losów w ujęciu genderowym (np. tropienie wątków homoseksualnych), co jest moim zdaniem kompletnym nieporozumieniem.

Film opowiada przede wszystkim o przyjaźni – jej bezwzględnej wartości, której nie da się oszacować statystyką, obliczaniem zysków i strat. Mówi także o wrażliwości moralnej. Zośka i Rudy nie są zawodowymi żołnierzami, nie zabijają automatycznie. Od żołnierzy różni ich to, że myślą, mają świadomość dokonywanego wyboru. Ta chwila wahania, przed samym strzałem ma bardzo wysoką cenę - czasem kosztuje życie przyjaciela, czasem własne.

ROBERT GLIŃSKI
WYWIAD Z REŻYSEREM

Jakie przesłanie dla młodych ludzi mogą zawierać „Kamienie na szaniec”?

Osobiście lubię mówić o magnesie, który przyciągnie młodych do filmu, ponieważ młodzież odrzuca wszystko to, co im się wciska na siłę. Ja chciałbym, aby młody widz zobaczył, że ich rówieśnicy również są fajni - kochają się, robią sobie kawały, są śmieszni, a zarazem potrafią rozmawiać i mają ideały. Takie słowa jak, „przyjaźń” czy „patriotyzm” to nie puste wartości, ale coś prawdziwego i autentycznego, ponieważ sprawdza się w działaniu. Chciałbym, aby młody widz pomyślał sobie: „dlaczego moje życie nie mogłoby być równie fajne”?

Jaką historię próbuje Pan opowiedzieć w filmie?

Kamienie na szaniec” to przede wszystkim film o młodym pokoleniu, które podczas okupacji przeżywa okres próby, ponieważ musi walczyć i zdecydować, czy wyjść na ulicę czy nie. Są to harcerze, Szare Szeregi, chłopcy którzy w 1939 roku zrobili maturę i chcieli studiować. Chcieli normalnie żyć, kochać się, pracować uczyć się, ale nagle okazało się, że los wyznaczył im zupełnie inną rolę. Historia zmusza ich do tego, aby szli na śmierć po kolei, jak „kamienie przez Boga rzucane na szaniec”. Tak napisał Słowacki w swoim wierszu, który był pewnym hymnem harcerzy dyskutujących i rozważających różne strony medalu. Chłopcy zastanawiali się - podjąć walkę czy nie, czy zginąć, uczyć się dalej, schować i przeżyć po to, aby tworzyć wspaniały kraj po wojnie, czy iść na barykady i prawdopodobnie zginąć.

To jest fantastyczne w tym pokoleniu, że ci ludzie o tym rozmawiali. To nie były decyzje przyjęte arbitralnie - z góry, czy narzucone przez dowódców. Te wybory rodziły się wśród nich i zapadały przy pomocy rozmów, dyskusji. To odróżnia bardzo to pokolenie od innych uczestników wydarzeń wojennych.

Dlaczego wybrał Pan akurat Marcela Sabata, Tomasza Ziętka i Kamila Szeptyckiego do głównych ról filmu?

Po pierwsze Zośka i Marcel mają pewną tajemnicę. My nie do końca wiemy, co Marcel myśli pod spodem. To ważne, że aktor, który gra główną postać ma w sobie coś więcej, niż tylko to, że staje przed kamerą i gra. W przypadku Marcela jest to naddatek nad tym, że dobrze odgrywa swoją postać. Myślę, że sam go jeszcze do końca nie rozgryzłem do tej pory.

Z kolei Tomek Ziętek, który gra Rudego to taki polski James Dean – młody i sympatyczny chłopak. Historia jego bohatera jest taka, że najpierw musimy go poznać, zobaczyć, że jest fajny, aby następnie zacząć go żałować, kiedy wpadnie w ręce Gestapo. Czujemy wtedy żal. Postać Rudego jest więc niezwykle podoba do osoby Tomka.

Kamil jest aktorem dosyć młodym, jeszcze nie ma tak daleko posuniętego warsztatu, ale ma pewnego rodzaju żarliwość i młodzieńczą naiwność. Taka była również postać „Alka”, chłopca niezwykle radosnego.

Jak więc przygotowywał Pan swoich aktorów do wejścia na plan?

Przed samym filmem zawsze pracuję nad tekstem i scenami. Również tym razem spotykaliśmy się z aktorami i jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć próbowaliśmy wszystkie sceny dialogowe zagrać wspólnie. Szczególnie pamiętam próby, które przeprowadzaliśmy z aktorami z Niemiec oraz Tomkiem Ziętkiem. Była to scena jednego z przesłuchań w siedzibie Gestapo, podczas którego Rudy wisi podwieszony liną do sufitu, z nogami
do góry. Właśnie taką próbę przeprowadziliśmy przed rozpoczęciem zdjęć. Tomek wisiał
na balkonie, gdzie przyczepiliśmy sznur.

Opowiadał Pan również, że zabrał aktorów na Powązki, aby pokazać im groby swoich postaci…

Tak, akurat 1 sierpnia groby Zośki są licznie odwiedzane. Ja sam często chodziłem tam z mamą, która opowiadała mi o tamtych ludziach. Mówiła na przykład: „tu leży Baśka, której pożyczyłam buty, a następnego dnia zabili ją okupanci”. Znałem tamte alejki i zaproponowałem wizytę aktorom. Kamil Szeptycki, który gra „Alka” rzeczywiście stanął nad „swoim” grobem i się rozpłakał. Bardzo się wzruszył. Chłopcy niezwykle utożsamili się ze swoimi postaciami. Było to bardzo ważne dla filmu, ponieważ poczuli, że grają prawdę.

Jaki będzie film w sensie warsztatowym?

Przez to, że wyodrębniliśmy trzy rozdziały filmu, to będzie miał on nieco inną konwencję. Opowieść o historii wymaga bardzo żywego języka, dlatego próba przedstawienia jej w spójnej stylistyce stworzyłaby staroświecki gniot. Tu należało zastosować zmienną, żywą stylistykę. Będzie dużo ostrych i dynamicznych scen stworzonych z krótkich ujęć. Oczywiście będą również długie i spokojne ujęcia inscenizowane klasycznie. Będzie to podyktowane pewną temperaturą. Staraliśmy się stworzyć film dynamiczny w środkach wyrazu.

Jak układała się Panu współpraca z Pawłem Edelemanem?

Paweł Edelman jest fantastycznym operatorem i ma jedną cechę, którą szczególnie podkreśla Andrzej Wajda. Paweł jest operatorem, który im mniej ma czasu na zrobienie scen, tym lepsze zdjęcia robi. Niestety współczesne wymogi produkcyjne są takie, że scenę trzeba przygotować w jak najkrótszym czasie. Paweł ma w sobie coś takiego, że wie od razu co chce, dlatego pracuje bardzo szybko. Na planie wszystko ustawia w błyskawicznym tempie. Dla mnie zaskoczeniem było to, że plan, światło i kamery było gotowe, a aktorzy jeszcze guzdrali się z kostiumem czy charakteryzacją. Z drugiej strony Paweł jest w stanie podjąć odważną decyzję. Jest bardzo elastyczny w sposobie realizacji zdjęć na planie.

Czy Paweł Edelman znalazł również czas na preprodukcję?

W zasadzie wszystkie sceny wcześniej omówiliśmy i rozrysowaliśmy. Byliśmy przygotowani w stu procentach do każdego dnia zdjęciowego. Już wiedzieliśmy, gdzie będzie stać kamera, jaki chcemy osiągnąć efekt i co jest ważne w scenie. Oczywiście, jeżeli coś rodziło się z aktorów i sceny, to zmienialiśmy lekko koncepcję. Paweł jest fantastyczny, ponieważ jest partnerem dla reżysera i aktorów.

BIOGRAM

Robert Gliński (ur. 17.04.1952 r. w Warszawie) – reżyser, absolwent wydziału architektury na Politechnice Warszawskiej oraz Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi. Uważany jest za jednego z czołowych twórców polskiego kina. Z filmem związany od 1983 roku poprzez pierwszą produkcję fabularną, „Niedzielne igraszki”.

Do jego najbardziej znanych oraz docenionych przez publiczność i krytyków filmów należą „Niedzielne igraszki” (1983), „Łabędzi śpiew” (1988), „Wszystko co najważniejsze” (1992), „Cześć, Tereska” (2000), „Wróżby kumaka” (2005), „Benek” (2007) i „Świnki” (2009). Jest laureatem licznych nagród i wyróżnień filmowych, m.in. trzech nagród na festiwalu w Mannheim („Niedzielne igraszki”), nagrody za reżyserię oraz dwóch Grand Prix i Nagród Dziennikarzy na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni („Łabędzi śpiew”, „Wszystko, co najważniejsze”, „Cześć, Tereska”), Nagrody Pokojowej na Festiwalu Filmowym w Trieście („Wszystko, co najważniejsze”), Polskiej Nagrody Filmowej Orzeł w kategorii najlepszy film, reżyseria i scenariusz, Złotej Kaczki, Złotej Taśmy, Specjalnej Nagrody Jury na festiwalu filmowym w Warnie oraz Nagrody Stowarzyszenia Filmowców Polskich (wszystkie powyższe nagrody za film „Cześć, Tereska”).

Za swoją twórczość został w 2001 roku uhonorowany prestiżową nagrodą Paszportu Polityki oraz, rok później, doroczną nagrodą Ministra Kultury i Sztuki. W 2006 roku otrzymał list gratulacyjny od Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. W 2011 roku otrzymał tytuł naukowy profesora sztuki filmowej, a w latach 2008-2012 pełnił funkcję rektora PWSFTViT w Łodzi. Od września 2011 roku piastuje stanowisko Dyrektora Naczelnego i Artystycznego Teatru Narodowego w Warszawie. 

PAWEŁ EDELMAN
WYWIAD Z OPERATOREM

Czym zazwyczaj kieruje się Pan przy wyborze propozycji filmowych?

Zawsze są to dwa czynniki. Pierwszym jest tekst, drugim jest towarzystwo, czyli z kim ten tekst jest realizowany. W przypadku „Kamieni na szaniec”, zarówno tekst, jak i osoba Roberta Glińskiego wydały mi się na tyle interesujące, że podjąłem się pracy.

Jak zatem układała się Panu współpraca z Robertem Glińskim?

Bardzo miło wspominam i wysoko oceniam współpracę z Robertem Glińskim. My zrobiliśmy coś, co czasami się przed filmem nie udaje. Spędziliśmy razem dwa tygodnie, dzień po dniu, czytając scenariusz i omawiając go, scena po scenie. Napisaliśmy ideowy scenopis, czyli taki zarys scen, z jakich powinien się składać. Takie przygotowanie jest czymś szalenie cennym, zarówno dla reżysera, jak i operatora. W toku takich spotkań ustala się wspólna płaszczyzna porozumienia. Dzięki temu film powstał w tak dobrej atmosferze, bez żadnych kryzysów i komplikacji.

Jest to film o młodych ludziach i dla młodych ludzi. Miało to dla Pana znaczenie, jako dla autora zdjęć.

Dla mnie najważniejszy jest temat, który podejmuję. Im jestem starszy, tym mniej mnie interesują zdjęcia, a to, co film ma do przekazania. Oczywiście forma wynika z tekstu. Musi korespondować z zaplanowanym odbiorcą. Rozmawiając z reżyserem na temat filmu, przyjęliśmy określoną strategię i wybraliśmy rodzaj języka filmowego, który postanowiliśmy zastosować.

W filmie jest Pan „malarzem” czy raczej „opowiadaczem” pewnej historii?

Nie jestem zdecydowanie opowiadaczem. Mnie nie interesują ładne obrazy. Sama kategoria urody i piękna nie ma zastosowania w filmie. Jeżeli można powiedzieć o filmie, który jest średni, a ma ładne zdjęcia, to nie ma gorszej opinii dla operatora. Myślę, że naszym zdaniem jest zrobienie całego filmu. Jeżeli film jest dobry, to my, operatorzy zrobiliśmy ładne zdjęcia.

Realizując „Kamienie na szaniec” miał Pan szczególny pomysł wizualny na film?

Nie ma czegoś takiego, jak szczególny pomysł wizualny. Trzeba pójść do kina i wtedy ocenić to co zrobiliśmy. Czy to się podoba i spełnia swoją funkcję. Mieliśmy mnóstwo pomysłów, z których składa się cały film. Pomysły były na każdą scenę oraz generalną formę wizualną. Chcieliśmy, aby był to film dynamiczny, adresowany do młodych ludzi. Nie chcieliśmy, aby był to film opowiadany minionym językiem, ale był nowoczesny.

Czy praca z tak młodymi aktorami to dla Pana szczególne wyzwanie?

Mieliśmy bardzo wielu młodych aktorów. Część z nich była skupiona na roli, zainteresowana w bardzo profesjonalny sposób. Trafiali się również bardziej rozproszeni, którzy są trudnymi partnerami. Jeżeli chodzi o naszych głównych bohaterów, to są to fantastyczni młodzi ludzie, którzy zdawali sobie sprawę z wagi przedsięwzięcia i szansy, przed którą stoją. Wydaje mi się, że dali nam najlepsze emocje, którymi dysponowali. Starali się zrozumieć techniczne wymogi i współpraca była niezwykle udana. Będę ją znakomicie wspominał.

Na ile młodzi bohaterowie są podobni do nam współczesnych, czyli młodzieży spotykanej dziś na ulicy?

Wiemy o wszystkich postaciach, o których historycy wspominają w związku z Szarymi Szeregami. To byli normalni ludzie, ze swoim życiem. Mieli swoje miłości, słabości. Takie postacie nas interesowały. Oni byli wrzuceni w bardzo nietypowe warunki i zmuszeni do dokonania wyborów. Jest to historia o ludziach, którzy ponosili konsekwencje tych wyborów, nie do końca przewidziane. Pewne heroiczne decyzje, okazywały się później niezwykle tragiczne.

Czy można „Kamienie na szaniec” określić jako film wojenny?

Nie jest to film wojenny. To film psychologiczny, którego akcja toczy się w czasach wojny. Ma wiele scen strzelanych, batalistycznych. Można go tak nazwać w potoczny sposób, ale nie będzie to ścisłe określenie.

Co w pracy nad filmem było dla Pana najtrudniejsze?

Ten film robiło mi się bardzo przyjemnie. Nie pamiętam scen trudnych. Pamiętam fantastyczny kontakt z aktorami i reżyserem, przyjemność pracy z całą ekipą. Ciężko jest mi znaleźć specjalne trudności, ponieważ była to gigantyczna przyjemność. W sensie rzemieślniczym niełatwe były sceny wymagające współpracy z kaskaderami i ludźmi, którzy robią efekty komputerowe i pirotechniczne. Jest to trudne, ponieważ wymaga cierpliwości i współpracy bardzo wielu osób. Z drugiej strony jest to również niezwykle interesujące.

Czy były technicznie trudne momenty podczas realizacji filmu w Warszawie?

Najtrudniejsze było znalezienie miejsc, gdzie można byłoby ten film nakręcić. Coraz trudniej odnaleźć w Warszawie takie miejsca, które wyglądałyby jak dawne lokalizacje, w których rozgrywała się historia „Kamieni na szaniec”. Stąd nasza podróż do Lublina i konieczność użycia efektów komputerowych. Myślę, że pełne zrekonstruowanie tamtego świata nie jest do końca możliwe.

BIOGRAM

Paweł Edelman (ur. 26.06.1958 r. w Łodzi) – operator filmowy, absolwent filmoznawstwa na Uniwersytecie Łódzkim oraz Wydziału Operatorskiego Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi. Jest najbardziej znanym polskim operatorem, współpracował z największymi światowymi reżyserami, m.in. Romanem Polańskim, Andrzejem Wajdą, Władysławem Pasikowskim, Taylorem Hackfordem, Stevenem Zaillanem, Vadimem Perelmanem, Januszem Zaorskim czy Łukaszem Barczykiem.

Pierwszym zrealizowanym przez operatora filmem fabularnym był „Głuchy telefon” z 1989 roku. Już wtedy na stałe współpracował z Władysławem Pasikowskim, z którym początkowo współtworzył etiudy szkolne. W późniejszym okresie operator realizował zdjęcia w takich produkcjach jak „Kroll” (1991), Psy (1992), Psy II (1994), „Słodko gorzki” (1996), „Demony wojny wg Goi” (1998), „Operacja Samum” (1999), „Reich” (2001) oraz „Pokłosie” (2013). Bliska współpraca z Pasikowskim nie zamknęła go na inne gatunki. Udowodnił swoją wszechstronność artystyczną poprzez realizację filmu m.in. z Andrzejem Wajdą - „Nastazja” (1994), „Pan Tadeusz” (1999), „Zemsta” (2002), „Katyń” (2007), „Tatarak” (2009) i „Wałęsa. Człowiek z nadziei” (2013) oraz Jerzym Stuhrem – „Historie miłosne” (1997) i „Duże zwierzę” (2000)

Prawdziwy przełom w karierze przyniósł rok 2002, który rozpoczął stałą współpracę z, uznanym w Hollywood, Romanem Polańskim. Pierwszy film współrealizowany przez obu filmowców to „Pianista”, nominowany później do Oscarów (m.in. za zdjęcia). Następne filmy tworzone przez Edelmana z najbardziej znanym polskim reżyserem okazywały się ogromnymi sukcesami – „Oliver Twist” (2005), „Autor widmo” (2010), „Rzeź” (2011) i „Wenus w futrze” (2013). Jeszcze w 1999 roku, amerykański opiniotwórczy magazyn „Variety” zaklasyfikował Edelmana do 10 najbardziej obiecujących operatorów filmowych na świecie. Był dwukrotnie nagrodzony na Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni („Kroll” i „Kroniki domowe”), zdobył trzy statuetki i cztery nominacje do Orłów, najbardziej prestiżowej polskiej nagrody filmowej („Demony wojny wg Goi”, „Kroniki domowe”, „Pan Tadeusz”, „Duże zwierzę”, „Boże skrawki”, „Pianista” i „Katyń”). Ostatnie lata przyniosły mu również dwie statuetki Złotej Kaczki przyznawane przez opiniotwórczy magazyn „Film” (za „Katyń” oraz „Tatarak”)

Paweł Edelman odniósł wielki sukces nie tylko w kraju. Jego zdjęcia zostały docenione przez największe akademie filmowe na całym świecie. Zdjęcia z „Pianisty” otrzymały nominację do Oscara (Amerykańskiej Akademii Filmowej), nagrody BAFTA (Brytyjskiej Akademii Sztuki Filmowej), Europejskiej Nagrody Filmowej, Cezar ((Nagroda Francuskiej Akademii Sztuki Filmowej) oraz Amerykańskiego Stowarzyszenia Operatorów (ASC).

Edelman jest również członkiem Polskiej Akademii Filmowej (PFA), Europejskiej Akademii Filmowej (EFA) oraz Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej (Academy of Motion Picture Arts and Sciences).

MARIUSZ ŁUKOMSKI
WYWIAD Z PRODUCENTEM

Dlaczego Pana zdaniem warto było nakręcić ten film?

Z dwóch powodów. Monolith koprodukował już kilka filmów historycznych z pewnym przesłaniem, jak chociażby „Generał Nil” czy „Różyczka”. Wydaję mi się, że powinniśmy iść w tym kierunku i coś po sobie zostawić, dać świadectwo. Wyzwanie jest bardzo trudne, ponieważ wiąże się z dużą odpowiedzialnością. Myślę, że udało nam się zbudować ekipę, która temu podołała. Zależało mi, aby moi synowie obejrzeli ten film i przez chwilę pomyśleli, w jakim kierunku zmierza świat, Europa i Polska i co się w życiu naprawdę liczy.

Książka „Kamienie na szaniec” wykreowała legendę, ale film nie jest tradycyjną adaptacją. Na czym polega „inność” tej produkcji?

Książka stanowiła pewnego rodzaju pomnik dla jej młodych bohaterów. Dziś, kiedy chcemy kierować film do młodzieży, nie możemy opierać się jedynie na samej książce. Z niej mógłby powstać cały serial, natomiast my musieliśmy zmieścić się w dwóch godzinach opowiadania, które dodatkowo zaakceptuje dzisiejsza młodzież, która przyzwyczajona jest do hollywoodzkich produkcji, zupełnie inaczej fotografowanych i opowiadanych.

Wspomina Pan o tym, że z jednej strony występuje poszanowanie tradycji, a z drugiej zrozumienie współczesności. Mówiąc o filmie – jak to jest odbrązowić pomnik?

Było to zadanie reżysera i scenarzysty. Myślę, że w „Kamieniach na szaniec” się to udało. Nie było naszym zamysłem zrobienie z filmu pomnika, ponieważ dzisiejsza młodzież odrzuciłaby taki film. Jego bohaterowie byliby nieprawdziwi. Chcieliśmy pokazać młodych ludzi mających ideały i dyskutujących o nich tak, aby byli akceptowani przez dzisiejsze pokolenie, aby mogli się z nimi utożsamiać.

Co współczesny młody człowiek może zabrać z tej historii dla siebie, do swojego życia?

Byli to tacy sami młodzi ludzie jak dziś. Zostali postawieni w określonej sytuacji i musieli wybierać. Mieli różne zdania i różne podejście do sprawy życia i śmierci, ryzyka związanego z walką. Oni coś wybrali. Chciałbym, aby dzisiejsza młodzież zastanowiła się, czy jeżeli zostanie postawiona w sytuacji, gdy musi dać świadectwo i musi coś wybrać, to czy podejmie takie decyzje. Oczywiście nie musi to być sytuacja wojenna, ale zwyczajne, codzienne dylematy, takie jak na przykład obrona bliskiego przyjaciela.

Wspomina Pan o przesłaniu, ale gdyby poza nim skupić się na aspekcie rozrywkowym, to czy widz może spodziewać się dużej ilości akcji i scen wojennych? Jakie emocje będą wywoływać?

Film ma mieć wszystko – musi wzruszać, bawić, ciekawić, czyli zwyczajnie angażować widza. Widz musi być wciągnięty do środka. Jeżeli pozostanie na zewnątrz, to znaczy, że film go nudzi. Z tego powodu w „Kamieniach na szaniec” będzie również akcja, nie tylko ta związana z bitwą pod Arsenałem, ale również związana z kilkoma innymi wydarzeniami. Poza akcją, na ekranie będzie można zobaczyć też miłość, łzy i uśmiech.

Czy zaczynając pracę nad filmem zadawaliście sobie państwo pytanie – dla kogo robicie ten film?

Jest to bardzo uniwersalny temat, ale oczywiście film powstał głównie dla młodzieży, zarówno dzisiejszego pokolenia jak i następnych pokoleń. Dodatkowo film jest dedykowany osobom, które żywo pamiętają tamte wydarzenia. Problem polegał na tym, że większość chłopców, którzy byli pod komendą Zośki nie dotrwało nawet to powstania warszawskiego. Natomiast są ludzie, którzy jeszcze żyją i brali udział w tamtych wydarzeniach – byli w Szarych Szeregach, brali udział w powstaniu. Później wychowali swoje dzieci, które są naszymi ojcami i matkami. Ten film jest dla nich hołdem.

Mówiąc o pokoleniu młodzieży, pańskiego syna. Z jakimi emocjami widzowie powinni wyjść z sali kinowej po obejrzeniu filmu?

Chciałbym, aby młodzi widzowie uwierzyli, że tak było. Uwierzyli, że ich rówieśnicy w tamtych czasach mogli się tak zachować, być tak odpowiedzialnymi i tyle z siebie dać. Film powinien pobudzać do myślenia o tym, co jest w życiu najważniejsze. Na tym zależy mi najbardziej.

Jak długo trwały przygotowania do filmu?

Przygotowania do filmu były bardzo krótkie, ponieważ musieliśmy przyśpieszyć zdjęcia ze względu na obowiązki Pawła Edelmana, na udziale którego bardzo mi zależało. W związku z tym był to ogrom pracy. Cała ekipa, od scenografii po kostiumy, pracowała z wielkim zaangażowaniem. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że mam grupę fachowców, którzy w sześć tygodni zrobili pracę, którą w Hollywood wykonuje się nawet przez rok.

Należy również pamiętać, że aktorzy „Kamieni na szaniec” to debiutanci. Jest to cała grupa debiutantów, którzy wiążą się z wysokim ryzykiem dla producenta. Na szczęście z powodzeniem połączyliśmy doświadczenie ludzi z ekipy oraz młodość aktorów. To widać później na ekranie. Między nimi zachodzi chemia i jest to bardzo ważne.

Co było dla Pana najtrudniejsze przy produkcji?

Ponad rok walczyliśmy o prawa do ekranizacji książki. Spadkobierca Aleksandra Kamińskiego zaufał nam i zaakceptował nasze argumenty oraz koncepcję, za co jestem mu niezwykle zobowiązany.

A co jeżeli chodzi o największym wyzwaniem producenckim? Czy było to odtworzenie Warszawy z tamtych lat czy również inne aspekty?

Mieliśmy duży problem, jeżeli chodzi o akcję pod Arsenałem. Spotkaliśmy się z problemami, które musieliśmy obejść. W związku z tym część zdjęć zrealizowaliśmy w Lublinie. To miasto bardzo nam pomogło. Na potrzeby filmu, zdjęto bruk w czasie realizacji zdjęć. Był za nowoczesny, a my dbamy o szczegóły.

BIOGRAM

Mariusz Łukomski – producent filmowy, założyciel i właściciel Monolith Films, wiodącego dystrybutora filmów w Polsce. Z kinematografią związany jest od 1998 roku za sprawą produkcji filmu „Poniedziałek” (1998). Był producentem i koproducentem największych polskich obrazów filmowych, takich jak „Sezon na leszcza” (2000), „Stacja” (2001), „Haker” (2002), „Jeszcze raz” (2008), „Ile waży koń trojański?” (2008) oraz „Generał Nil” (2009) i „Różyczka” (2010).

Za swój producencki debiut, „Poniedziałek” został nagrodzony aż trzema statuetkami podczas Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych „Młodzi i Film” w 1999 roku (Nagroda Jury Młodzieżowego, Nagroda Główna w konkursie filmów polskich oraz Grand Prix „Wielki Jantar” w konkursie międzynarodowym). Ten sam film zdobył Brązowe Grono podczas Lubelskiego Lata Filmowego. Poza nagrodami indywidualnymi, filmy Mariusza Łukomskiego wielokrotnie zdobywały najwyższe laury na polskich oraz zagranicznych festiwalach. Producent został wybrany Osobowością Roku 2009 polskiego przemysłu filmowego portalu internetowego Stopklatka.pl, za „bezkompromisowe podejście do dystrybucji. Nie boi się wychodzić rynkowi naprzeciw i inwestuje w projekty, które pozostają jeszcze w fazie planowania. Człowiek instytucja, twardy gracz, miłośnik kina”.

Materiał: Monilith Film 

 



Wpisz swoją opinię:

Przepisz tekst z obrazka: Obraz CAPTCHA
Podpis:
Opinie:
Ten artykuł nie posiada jeszcze żadnych opinii.