Miasto 44: najbardziej oczekiwana polska produkcja ostatnich lat

2014-09-24 20:46

Jedna z najbardziej oczekiwanych i największych polskich produkcji ostatnich lat. Film Jana Komasy, twórcy wielokrotnie nagrodzonego kinowego przeboju „Sala samobójców”, to zrealizowana z rozmachem uniwersalna opowieść o miłości, młodości, odwadze i poświęceniu, rozgrywająca się w czasie Powstania Warszawskiego.

Miasto 44” to projekt filmowy o niespotykanym w Polsce rozmachu scenograficznym, kostiumowym i wizualnym. Konsultantem do spraw efektów specjalnych był wybitny hollywoodzki specjalista Richard Bain, który wcześniej współpracował z takimi wizjonerami kina, jak Christopher Nolan, Peter Jackson oraz Terry Gilliam i ma w dorobku efekty do światowych hitów, między innymi: „Casino Royale”, „Incepcji”, „King Konga” i „Nędzników”. Przez plan przewinęło się ponad 3 000 statystów. Budową imponujących dekoracji zajęło się 10 odrębnych ekip, które do zainscenizowania zniszczonego miasta użyły 5 000 ton gruzu. Obsada została wybrana w serii ogólnopolskich castingów, w których wzięło udział ponad 7 000 osób.

Specjalny pokaz „Miasta 44” odbył się na Stadionie Narodowym w Warszawie, w ramach oficjalnych obchodów 70. rocznicy Powstania Warszawskiego. To pierwsze tej skali wydarzenie nie tylko w historii polskiej kinematografii, ale i na mapie Europy. Film obejrzało ok. 12 000 osób. Wśród nich honorowe miejsce zajęli Powstańcy, którzy przybyli z całego świata. Pokaz „Miasta 44” był symbolicznym hołdem dla ich odwagi i heroizmu.

Miasto 44” trafi do regularnej dystrybucji kinowej 19 września 2014 roku.

Miasto 44” nie jest filmem historycznym, ani dokumentem o przebiegu Powstania. Mimo że rozgrywa się w walczącym Mieście, opowiada historię ludzi, a nie oddziałów czy barykad. „Miasto 44” nie ma być argumentem w powstańczej dyskusji. Film ma przekazywać emocje, a nie ważyć racje czy odsłaniać kulisy decyzji sprzed 70 lat. To zostawiamy historykom. Nie szukamy spiżowych bohaterów. „Miasto 44” nie jest filmem o polityce. Jest filmem o miłości, młodości i walce. – Twórcy filmu „Miasto 44”

SYNOPSIS

Film „Miasto 44” to opowieść o młodych Polakach, którym przyszło wchodzić w dorosłość  w okrutnych realiach okupacji. Mimo to są pełni życia, namiętni, niecierpliwi. Żyją tak, jakby każdy dzień miał okazać się tym ostatnim. Nie wynika to jednak z nadmiernej brawury, czy młodzieńczej lekkomyślności - taka postawa jest czymś naturalnym w otaczającej ich rzeczywistości, kiedy śmierć grozi na każdym kroku.

Warszawa, lato 1944. Stefan (Józef Pawłowski) opiekuje się matką i młodszym bratem. Przejął obowiązki głowy rodziny po tym, jak ojciec - oficer Wojska Polskiego - zginął w kampanii wrześniowej w 1939 roku. Pracuje w fabryce Wedla, z coraz większym trudem znosząc upokorzenia ze strony Niemców. Marzy o chwili, kiedy będzie mógł im za wszystko odpłacić i spełnić obowiązek wobec Ojczyzny. Obiecał matce, że nie zaangażuje się w działalność ruchu oporu, jednak - kiedy tylko nadarza się okazja - wstępuje w szeregi Armii Krajowej. Do konspiracji wciąga go Kama (Anna Próchniak), sąsiadka z kamienicy na warszawskiej Woli, z którą przyjaźni się od dziecka. Dziewczyna skrycie kocha się w Stefanie, mając nadzieję, że po wojnie będą razem. Ale to za sprawą spotkania z subtelną  i wrażliwą Biedronką (Zofia Wichłacz) Stefan zazna smaku pierwszej, młodzieńczej miłości. Jednak Stefanowi i Biedronce nie jest dane zbyt długo cieszyć się wzajemnym zauroczeniem. Nadciąga godzina „W” i mobilizacja AK. 1 sierpnia 1944 roku, wraz z przyjaciółmi - Kamą, Góralem (Maurycy Popiel), Rogalem (Filip Gurłacz) i Beksą (Antoni Królikowski) - trafiają pod komendę charyzmatycznego Kobry (Tomasz Schuchardt). Wspólnie, jako żołnierze jednego z najdzielniejszych oddziałów Powstania Warszawskiego, przejdą krwawy szlak bojowy - od Woli, przez Starówkę i Śródmieście, po Czerniaków - a ich uczucie zostanie wystawione na najcięższą z prób, w obliczu grozy i okrucieństwa wojny, w apokaliptycznej scenerii płonącego miasta.

REKOMENDACJE

Bardzo popieramy ten projekt. Scenariusz trafnie oddaje atmosferę tamtych dni i nie odbiega od prawdy historycznej. Wierzymy, że film „Miasto 44” – młodego twórcy Jana Komasy trafi nie tylko do świadków tych wydarzeń, ale przede wszystkim do młodego pokolenia Polaków, będących w wieku, w jakim my byliśmy wtedy.

gen. bryg. Zbigniew Ścibor-Rylski

Prezes Związku Powstańców Warszawskich

Scenariusz młodego – i już cenionego – reżysera, Janka Komasy uważam za jeszcze bardziej „zakorzeniony” nie tylko w historii, ale także w prawdzie. Uważam go bowiem za jeszcze bliższy owej prawdy najważniejszej: psychologicznej, ideowej i motywacyjnej.

dr hab. Andrzej Krzysztof Kunert

Podzielam w pełni pogląd zawarty w rekomendacji napisanej przez dr hab. Andrzeja Krzysztofa Kunerta na temat ważności tematu i zasadności filmowej prezentacji w formie fabularnej tragedii i heroizmu Powstania Warszawskiego. Zdaję sobie sprawę, że obecnie tworzone dzieła filmowe dotyczące wydarzeń 1944 roku przeznaczone są dla ludzi, którzy w ogromnej większości tematykę tę znają ze słyszenia – lektury lub (rzadziej) ustnie przenoszonych tradycji rodzinnych.

Film według scenariusza Jana Komasy może i powinien być jednym z wielu na temat Powstania Warszawskiego. Ale jeśli będzie pierwszym stworzonym przez twórców jego pokolenia, to dobrze. Jestem zwolennikiem jego realizacji.

prof. Władysław Bartoszewski

W scenariuszu Jana Komasy bardzo podoba mi się, że autor przedstawia bohaterstwo powstańców, ale nie wpada w pułapkę prostych stereotypów, rozumie niuanse wydarzeń historycznych. Scenariusz umiejętnie pokazuje rozmaitość i wielowymiarowość dziejów Powstania Warszawskiego. Zróżnicowane pierwszo- i drugoplanowe postacie pokazują niezwykły dramatyzm tego zrywu.

prof. Norman Davis

angielski historyk, profesor Uniwersytetu Londyńskiego

Na filmowy obraz Powstania Warszawskiego widziany oczami młodych twórców od wielu lat czeka nie tylko polska, ale i światowa publiczność. Jestem przekonany, że dzieło Jana Komasy skłoni widzów do refleksji nad wydarzeniami z Sierpnia i Września 1944 roku i zapisze się chwalebną kartą w polskiej kinematografii.

Jan Ołdakowski

Dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego

Z uznaniem wyrażam się o pracy reżysera filmu – Jana Komasy. Film przedstawia wydarzenia z walk powstańczych takimi, jakie przedstawiają je seniorzy z organizacji kombatanckich. Z naszej perspektywy – organizacji wychowawczej, która pracuje z młodzieżą – film jest zgodny z potrzebą czasu i w przystępny sposób ujmuje historię walk powstańczych.

hm. Paulina Gajewnik

Komendant Chorągwi Stołecznej ZHP

Wyrażam przekonanie, że zgodny z potrzebą czasu na fabularne prezentowanie historii film w reż. Jana Komasy winien stać się znaczącym elementem obchodów 70. Rocznicy Powstania Warszawskiego, a jego premiera „uderzeniowo” być zaprezentowaną jak najszerszej publiczności, z udziałem młodzieży i odchodzącego pokolenia kombatantów.

prof. dr hab. Leszek Żukowski

Prezes Zarządu Głównego Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej

POCZĄTKI

Ponadczasowe emocje

Wszystko zaczęło się w 2005 roku, kiedy Jan Komasa kończył realizację debiutanckiego filmu „Oda do radości”, który współtworzył z Anną Kazejak i Maciejem Migasem dla Akson Studio. „Od razu wiedziałem, że w Janku drzemie wielki talent. Zaproponowałem mu, by zrobił film o Powstaniu Warszawskim, bo bardzo chciałem, aby wreszcie ważny historyczny temat poruszył młody człowiek, a nie jak to do tej pory bywało – dojrzały, doświadczony twórca. Zawsze marzyło mi się, aby był to film wysokobudżetowy. Zaproponowałem więc, aby napisał scenariusz. Janek podjął się tego zadania, a potem czekaliśmy 8 lat, aż uda się zorganizować tak wielki budżet.” – wspomina Michał Kwieciński, producent.

Michałowi Kwiecińskiemu bardzo zależało, aby młody twórca w pełni wczuł się w atmosferę tamtego okresu. Kluczową rolę odegrała tu odpowiednia literatura, a zwłaszcza „Pamiętniki żołnierzy Baonu ‘Zośka’”, to na ich podstawie powstała pierwsza wersja scenariusza, która potem ulegała licznym zmianom, aby ostatecznie stać się podstawą filmu „Miasto 44”.

W kolejnych wersjach nie zmieniało się jedno: główni bohaterowie i trójkąt emocjonalny, jaki ich połączył. „To niesamowite, jak scenariusz ulegał przeobrażeniom, wypełniany był nowymi scenami, a jednak emocja, która towarzyszyła mi przy pisaniu pierwszej wersji wciąż była taka sama, pozostała nienaruszona.” – mówi Jan Komasa.

Reżyser przyznaje również, że wczucie się w klimat Warszawy 1944 roku było dla niego ważnym przeżyciem: „Wybuch Powstania to szczególna rocznica. Poza tym, gdy rozpoczynałem pracę nad scenariuszem, byłem niewiele starszy od bohaterów. Miałem poczucie, że przystępuję do czegoś, co jest mi wyjątkowo bliskie. Ci 17- i 18-latkowie byli kompletnie niedoświadczeni pod każdym względem. Na to wszystko nałożyła się jeszcze okupacja, która spowodowała, że trwali niejako w uśpieniu. Przebudziło ich z niego dopiero Powstanie. Ten szczególny rodzaj euforii jest mocno wyczuwalny zwłaszcza w „Pamiętnikach”. Nagle ci młodzi ludzie mogli zawalczyć o wolność, byli w strukturze koleżeńskiej, żadne inne struktury społeczne czy obyczajowe ich nie ograniczały. W trakcie Powstania wszystko się pomieszało. I to przebudzenie chciałem pokazać. Mnie nie interesuje polityka i wszystkie polityczne rafy omijam z daleka. „Miasto 44” pokazuje emocje, czyli coś co jest ponadczasowe i uniwersalne. Chciałem, aby współczesny widz nawiązał nić porozumienia z bohaterem, za którym podążam.”

PRZYGOTOWANIA

Połączyć stare z nowym

Pierwszym adresem, pod który udał się Jan Komasa po otrzymaniu propozycji napisania scenariusza, było Muzeum Powstania Warszawskiego. Placówka ta to nieprzebrana skarbnica wszystkiego, co jest związane z tym wydarzeniem historycznym, w swoich zbiorach posiada materiały filmowe, oryginalne skany najprawdziwszych ujęć z Powstania, pamiątki po powstańcach, które stale są donoszone, ponad 8 tys. godzin nagranych wywiadów z powstańcami. Twórca „Sali samobójców” bardzo ceni współpracę z tą instytucją: „Muzeum bardzo nam pomogło, zaraziło nas wieloma koncepcjami, wspierało. Miałem tam nawet swój własny gabinet z dwoma komputerami podłączonymi do archiwaliów. Mam wrażenie, że przez tych 8 lat zaliczałem fakultet pt. Powstanie Warszawskie.” – opowiada Komasa i dodaje: „Tak jak muzeum, i nasz film ma połączyć stare z nowym. Z całego serca wierzę, że nam się to udało.”

Przygotowania do realizacji „Miasta 44” obejmowały nie tylko długie godziny spędzone nad książkami, poświęcone przeglądaniu albumów czy spotkaniom z ekspertami. Aby poczuć klimat tamtych dni reżyser postanowił dołączyć do jednej z grup rekonstrukcyjnych: „Za każdym razem, gdy przystępuję do jakiegoś projektu, nim cokolwiek nakręcę, muszę wcześniej napełnić się nim, dowiedzieć się, jak noszą się ludzie z danego okresu, jak mówią, gestykulują. Chciałem również poczuć, niejako wywołać wokół siebie, czasy okupacji i Powstania. Dlatego przebrałem się za powstańca i brałem udział w różnych inscenizacjach. To była prawdziwa podróż w czasie i niesamowite wrażenie – chodzić w butach, które rzeczywiście obcierały powstańców, w tych ubraniach, które na początku gryzły. Ale to wszystko za chwilę przestawało mieć jakiekolwiek znaczenie.”

Bohaterowie „Miasta 44” przechodzą drogę, jaką podczas Powstania Warszawskiego pokonało Zgrupowanie „Radosław”, złożone m.in. z harcerskich batalionów „Zośka” i „Parasol”. Powstańcy przeszli od Woli przez Starówkę, kanałami do Śródmieścia, aby następnie bohatersko walczyć na Czerniakowie. „Wybraliśmy w sumie najtrudniejszą i najdłuższą drogę, ale to właśnie w Zgrupowaniu „Radosław” było najwięcej młodych ludzi, tam najwięcej się działo, bo walczący znajdowali się na pierwszej linii ognia. Z tego wyłonił się film drogi, w którym żadna scenografia nie pojawia się dwa razy. W każdej ze scen zniszczenia są coraz większe. W ten sposób chcieliśmy pokazać stopniową zagładę miasta.” – tłumaczy Komasa.

Kolejnym krokiem było poszukiwanie świadków tamtych wydarzeń, nie tylko powstańców z „Radosława”, ale również cywilów. Udało się nawiązać kontakt z około 30 osobami, które na planie pełniły funkcję konsultantów, stanowiąc cenne źródło wiedzy i informacji, podpowiadając różne rozwiązania, a nawet sceny, jak np. słynna godzina „W”. „Rozmawialiśmy dosłownie o wszystkim: jak się prowadzi akcję, jakich komend się używa, jak się do siebie zwracano: czy wg rangi, pseudonimu czy per ty? Również jak zwracano się do kobiet i jakie były stosunki towarzyskie? Jak np. było odbierane to, że kobiety nagle zaczęły chodzić w spodniach? Czy były jakieś tarcia między powstańcami a cywilami? Czasami nie były dla mnie ważne same informacje, ale sposób ich przekazywania przez powstańca, jego gesty. Te spotkania służyły napełnieniu mojej głowy różnego rodzaju „witaminami”, które wykorzystywałem, bądź nie, przy pisaniu scenariusza, a potem w pracy z aktorami.” – opowiada reżyser.

Dla wielu powstańców wydarzenie z 1944 roku było najważniejszym przeżyciem i jedyną wielką rzeczą, jakiej dokonali. Po wojnie spychani na margines życia, nie mieli szans zrobić kariery. Symboliczny uścisk dłoni, swoisty order dla nich i znak, że ktoś jeszcze o nich pamięta przyszedł po latach, w postaci Muzeum Powstania Warszawskiego. „Mam nadzieję, że ‘Miasto 44’ będzie tego przypieczętowaniem, że zobaczą w nim siebie, poczują, że wreszcie spełniło się to, o co walczyli. Gdy pisałem scenariusz, nie wiedziałem jeszcze, że ten film jest ważny dla tak wielu pokoleń Polaków. I to nie dla ekspertów, polityków, ale przede wszystkim dla zwykłych, rozsypanych po całym świecie ludzi.” – reasumuje Jan Komasa.

EFEKTY SPECJALNE

Specjalista od „Incepcji” i „Casino Royale”

Efekty specjalne w polskich filmach fabularnych nigdy nie budziły zachwytu widzów, dlatego, aby stworzyć naprawdę wielkie kino Michał Kwieciński, producent filmu „Miasto 44”, postanowił poszukać specjalisty za granicą. „Nasza kinematografia jest stosunkowo mała, a więc i firm specjalizujących się w efektach nie jest za dużo. Efekty są drogie, więc takie firmy nie miałyby racji bytu” – tłumaczy Kwieciński. Tak zrodził się pomysł zatrudnienia, na wzór światowych produkcji kinowych, supervisora od efektów specjalnych, czyli specjalisty, który pomaga zaplanować wykorzystanie efektów w filmie, a następnie doradza przy wyborze odpowiedniej firmy wykonującej efekty komputerowe. Do zaangażowania supervisora zainspirował producenta „Miasta 44” Janusz Kamiński – operator „Listy Schindlera” i „Szeregowca Ryana” Stevena Spielberga, który uważa, że „taka osoba po prostu musi być”.

Taką osobą został Richard Bain, który w porozumieniu z Akson Studio wybrał czeską firmę UPP, współpracującą m.in. przy ostatniej części „Szklanej pułapki”, „Mission: Impossible – Ghost Protocol”, „Kronikach Narnii”, czy „Wanted. Ścigani”. Richard Bain był dla producenta gwarantem sukcesu, ponieważ miał wielkie doświadczenie wyniesione z takich produkcji jak „Nędznicy” Toma Hoppera, „Casino Royale” Martina Campbella, „King Kong” Petera Jacksona, czy – według Kwiecińskiego „absolutnie niezwykłego” filmu – „Incepcji” Christophera Nolana. „Richard Bain stoi za wieloma tytułami, w których efekty nie są jedynie tłem, ale pełnią również funkcję dramaturgiczną. Poszliśmy tym tropem i dlatego postanowiliśmy zaprosić do współpracy właśnie jego” – opowiada szef Akson Studio. „Richard jest fantastycznym specjalistą, a do tego ma żonę Polkę, co ośmieliło mnie, aby się do niego zwrócić. Ten film w ogóle dał mi odwagę do robienia rzeczy, o których wcześniej nie śmiałbym nawet pomyśleć. Przy okazji tego filmu przekroczyliśmy pewne bariery zahamowań i kompleksów.” – 

Współpracę z Richardem Bainem i Czechami z UPP wspomina również operator Marian Prokop: „Na początku musieliśmy wspólnie ustalić jaki film chcemy zrobić, jak duży będzie procent zdjęć z użyciem VFX (animacji)". Marian Prokop opowiada: „David Vána i Martin Dolezal - supervisorzy z UPP - byli z nami przez cały czas, nawet kiedy nie byli w danym dniu niezbędni na planie. To dawało duży komfort pracy. Materiały, które potem stopniowo od nich spływały, robiły wrażenie. Podczas ostatniego etapu zdjęć do części „czerniakowskiej” wykorzystywaliśmy dużą lokalizację na południu Polski, która miała wymiary 300x300 m - były to pozostałości starego zakładu produkcyjnego. Scenografia pracowała ciężkim sprzętem około miesiąca, tworząc nowe ulice i niszcząc niektóre zabudowania. To, co scenografia stworzyła na terenie tego zakładu stanowi pierwszy i drugi plan Czerniakowa na ekranie. Pozostałymi, dalszymi planami - i nie tylko - zajęło się UPP" – mówi operator. Z kolei nasi sąsiedzi byli pod wrażeniem green screenu, jaki stanął wzdłuż ul. Stalowej w Warszawie, która dzięki niemu w filmie „zagrała” ul. Marszałkowską. „Ma 300 m! To najdłuższy green screen, jaki widziałem w swoim zawodowym życiu.” – zachwycał się 

ROZMOWA Z REŻYSEREM JANEM KOMASĄ

Jan Komasa to jeden z najzdolniejszych i najczęściej nagradzanych filmowców młodego pokolenia. Studiował na Wydziale Reżyserii Łódzkiej Szkoły Filmowej. W 2003 roku nakręcił etiudę „Fajnie, że jesteś”, która zdobyła nagrodę na Festiwalu Filmowym w Cannes w sekcji Cinéfondation. W wieku 23 lat wyreżyserował jedną z 3 części filmu „Oda do Radości”, wielokrotnie prezentowanego na polskich i zagranicznych festiwalach. Jego ostatni film „Sala samobójców” zdążył już wyrobić sobie markę filmu kultowego, zdobywając przy tym wiele prestiżowych nagród na polskich i zagranicznych festiwalach.

Czy pamiętasz tę pierwszą myśl, która towarzyszyła ci, gdy zaczynałeś pracę nad scenariuszem „Miasta 44”? Czy była to jakaś konkretna scena, może bohater?

Od samego początku zależało mi na stworzeniu bohatera, który nie miałby nic wspólnego z konspiracją. I tak powstał Stefan, chłopak, który jest bardzo pragmatyczny w swoim postępowaniu – chodzi mu tylko o to, aby utrzymać rodzinę. Nagle z tego, na pozór, ciepłego życia, wyrywa go udział w ruchu oporu, a następnie wybuch Powstania. Stefan staje się dla nas przewodnikiem po tym świecie, wspólnie z nim podążamy drogą, jaką podczas Powstania przeszło Zgrupowanie „Radosław”. Zawsze staram się wychodzić od emocji, więc początkowo mój bohater jest w stanie euforii, nagle znajduje się w grupie, ze swoimi rówieśnikami, zakochuje się, wchodzi do nowego świata, co mnie niezmiernie fascynuje. Podobnie, jak w „Sali samobójców” – zaczyna go to wszystko pochłaniać, wciągać. Przechodzi drogę – od bycia nikim do bohatera z krwi i kości, takiego przez duże „B”.

Czy od początku czułeś się w jakiś szczególny sposób związany z tym tematem?

Ten moment nastąpił podczas pierwszej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, którą obchodziłem w toku przygotowań do filmu. Byłem wtedy na Powązkach, i pomimo, że stałem gdzieś z boku, nie będąc w samym centrum obchodów, autentycznie się wzruszyłem, po prostu nie umiałem powstrzymać emocji. Wtedy właśnie uświadomiłem sobie, że to, nad czym pracuję, jest dla mnie niesamowicie ważne. Od tamtej pory, co roku 1 sierpnia, nie mogę myśleć o niczym innym, ale tak całkowicie osobiście, nie politycznie, czy PR-owo. Kupiłem nawet mieszkanie w pobliżu Muzeum PW, które znajduje się na trasie „Radosława”. Warszawa w tym miejscu ma najbardziej swój charakter – z jednej strony nowoczesne budynki, a z drugiej ślady po kulach. W stolicy zwiedziłem chyba wszystko, co było do zwiedzenia w związku z tym tematem. Moja rodzina ma mnie już dosyć, bo gdy jedziemy autem, ciągle tłumaczę, co gdzie jest, opowiadam historie poszczególnych budynków. Ten projekt bez wątpienia mnie zmienił, zmienił mój krąg przyjaciół. Każdy 1 sierpnia będzie mi przypominał o „Mieście”, ono już chyba we mnie zostanie.

Czy bohaterowie „Miasta 44” mają swoje odwzorowanie w rzeczywistych postaciach?

Konstruując poszczególne postaci zawsze opieram się na prawdziwych wzorcach, ale potem nigdy nie wskazuję wprost, kto jest kim. W przypadku „Miasta 44” miało być inaczej, ale w efekcie z tego zrezygnowaliśmy, aby mieć większą swobodę twórczą i zapobiec ewentualnym zarzutom, że pokazujemy coś, co nie jest zgodne ze stanem faktycznym. Nasi bohaterowie stanowią zlepek cech różnych postaci. Z jednej strony bardzo trzymaliśmy się faktów, ale z drugiej – nie chcieliśmy wszystkiego dokładnie odwzorowywać, choć oczywiście jest w naszym filmie kilka autentycznych zdarzeń, jak np. wybuch Borgwarda na warszawskiej Starówce.

Możliwość fikcyjnego poprowadzenia tej historii, ale jednak w oparciu o rzeczywistość, spowodowała, że mogliśmy wplatać emocje tam, gdzie chcieliśmy. Decyzje o tym, kto się w kim zakocha, kto będzie zazdrosny, kto straci czyją sympatię były tylko i wyłączenie naszymi decyzjami. Nie musieliśmy nikogo odzierać z osobistej historii, byliśmy całkowicie niezależni, jeśli chodzi o emocjonalną stronę naszych bohaterów.

Na jaki rodzaj narracji zdecydowałeś się w „Mieście 44”?

Gdy czytałem „Pamiętniki żołnierzy Baonu ‘Zośka’” dotarło do mnie, że nie można mieć osobistej motywacji do tego typu działań, najsilniejsze w takich sytuacjach jest pragnienie bycia w grupie, chęć przeżycia czegoś ważnego. Chciałem skupić się na ludziach, którzy nie wpływają w kluczowy sposób na przebieg działań, nie są dowódcami. Początkowo stosuję klasyczny sposób opowiadania – nasz bohater jest nikim, ale jak Luke Skywalker w „Gwiezdnych Wojnach” przed podjęciem decyzji o wstąpieniu w szeregi Jedi, dostaje „call to action” (pol. „wezwanie do działania”). Początkowo wzbrania się, ale popychają go do tego uczucia i nagle wybucha Powstanie. Znajduje się w środku tej apokalipsy, czy tego chce czy nie, ale on chce, bo przecież wszyscy chcą. Jak reszta społeczeństwa, on również chce żyć w wolnym kraju. Następuje ciąg zdarzeń, które powodują, że podejmuje decyzje, o jakie byśmy go nie podejrzewali na początku filmu. W którymś momencie decydujemy się jednak porzucić ten klasyczny model opowiadania i zmienić bohatera. W połowie filmu cały jego ciężar spocznie na Biedronce, to ona stanie się motorem działań, pokieruje akcją, wpływając na jej koniec. Użyliśmy jeszcze kilku innych narracyjnych wolt; samo zakończenie filmu również nie jest klasyczne.

Jakie są twoje inspiracje? Którzy twórcy mieli wpływ na twój warsztat, okazali się kluczowi zwłaszcza przy realizacji „Miasta 44”?

Moje reżyserskie inspiracje to od zawsze: Martin Scorsese, Francis Ford Coppola i Roman Polański. Znam wszystkie ich filmy. Idol z mojego dzieciństwa, którego zresztą miałem okazję poznać osobiście, gdy realizował „Listę Schindlera”, to Steven Spielberg. Od dziecka fascynowałem się jego filmami, które zawsze robił z przeznaczeniem dla szerokiej publiczności. Tego mi najbardziej brakowało w polskim kinie, w którym jednak dominuje nurt autorski. To są filmy bardzo dobre, ale brakuje im właśnie tego komercyjnego podejścia. Najważniejsze jest, by ludzie po wyjściu z kina mieli nie tylko poczucie dobrze spędzonego czasu, ale również coś z niego wynieśli, coś przeżyli, tak jak ja po filmach wymienionych twórców. I na pewno takie kino – zrobione z rozmachem, ale i z ogromnymi walorami artystycznymi – leżało u zarania mojego pragnienia bycia reżyserem.

Nawiązania do jakich tytułów możemy znaleźć w „Mieście 44”?

Przez cały czas wałkowaliśmy, rozbieraliśmy na ujęcia „Szeregowca Ryana”. Nawet nie po to, aby się inspirować, ale aby podpatrzeć, jak to zostało zrobione i uniknąć powielania, tego co już było. Wynajdywanie nowych sposóbów opowiadania jest ekscytujące, ale i niezwykle ciężkie w świecie, w którym powstaje tyle filmów. Na pewno inspirował nas „Czas Apokalipsy”, obejrzeliśmy zresztą wszelkie filmy wojenne, których wielkim fanem jest operator Marian Prokop. Chcieliśmy zobaczyć, co w tych filmach jest typowym zagraniem, aby nie iść w tym samym kierunku. Bogatsi w tę wiedzę, jednogłośnie stwierdziliśmy, że najwybitniejszymi dramatami wojennymi są właśnie „Czas Apokalipsy” i „Szeregowiec Ryan”. Ogromną inspiracją był też mało znany, rosyjski film „Idź i patrz” Elema Klimowa, cały opowiedziany długimi ujęciami ze steadicamu. Niesamowicie wstrząsający film, którego akcja toczy się na Białorusi i opowiada o eksterminacji tamtejszych wiosek. Reżyser przeżył tamte wydarzenia i snuje opowieść z perspektywy małego chłopca. Kadry z tego filmu natchnęły nas, styl opowiadania przypomina trans, zdjęcia są mniej realistyczne, bardziej jak impresje.

Wpływ miały też na nas wszelkiego rodzaju filmy apokaliptyczne, przedstawiające świat, w którym nie liczą się żadne konwenanse. Podobnie jak u nas w „Mieście 44”, w scenach na Czerniakowie, będącym już wówczas tylko szczątkiem cywilizacji znanej z początku filmu. „Miasto 44” jest w pewnym sensie filmem katastroficznym, z tego samego nurtu co „Dzień Niepodległości” czy „Projekt: Monster”. Wszystkie te obrazy grają na strachu, że to wszystko co dziś jest wokół nas, za chwilę może ulec totalnej zagładzie, może zostać zabrane przez jakąś straszną siłę.

ROZMOWA Z PRODUCENTEM MICHAŁEM KWIECIŃSKI

Michał Kwieciński – producent i reżyser, założyciel oraz właściciel Akson Studio. Absolwent Wydziału Reżyserii i Dramatu Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. Należy do najbardziej uznanych i doświadczonych producentów w Polsce, ma na koncie współpracę z wybitnymi twórcami, w tym m.in. Andrzejem Wajdą, Martą Meszaros, Jerzym Skolimowskim, Romanem Polańskim, Pawłem Edelmanem, Janem Jakubem Kolskim, Feliksem Falkiem. Jest jednym z animatorów polskiej kinematografii, którą aktywnie promuje. Jako producent otrzymał wiele prestiżowych nagród filmowych i państwowych. W swoim dorobku reżyserskim ma m.in. wielokrotnie nagradzane filmy: komedię „Statyści”, która spotkała się z bardzo dobrym przyjęciem publiczności i „Jutro idziemy do kina” – film o straconych nadziejach młodego pokolenia zdziesiątkowanego przez wojnę. Jest producentem największych serialowych hitów telewizyjnych: „Czas honoru”, „Magda M.”, „Hotel 52”, „Przepis na życie”, „Misja Afganistan”. Wieloletnia współpraca producencka z Andrzejem Wajdą zaowocowała takimi filmami, jak nominowany do Oscara „Katyń”, „Tatarak” i „Wałęsa. Człowiek z nadziei”.

Co było dla pana największym wyzwaniem przy tym projekcie?

Dla producenta zawsze największym wyzwaniem jest zdobycie pieniędzy. Wyzwanie numer dwa to stworzyć świat, którego nie ma. Dlatego tak ważna była dla nas rola efektów specjalnych, bo to one właśnie wykreowały świat umierającego miasta, umierającej Warszawy. Efekty to jednak tylko dopełnienie, rzadko zastępują one w pełni dekorację. Dlatego niezbędne było znalezienie takich miejsc realizacji scen, które mogły „zagrać” Warszawę ‘44 roku. To drugie wyzwanie było jednocześnie przygodą, którą chcieliśmy przeżyć. W naszej filmowej Warszawie jest przede wszystkim coś romantycznego, jest piękna. Sierpniowe błękitne niebo odgrywa tu bardzo ważną rolę, to jest świat jasny, w którym dzieją się apokaliptyczne dramaty. Cała wizja, którą zawdzięczamy Jankowi Komasie, Marianowi Prokopowi oraz całej ekipie odpowiedzialnej za wizualną stronę filmu, jest wielką kreacją, bo tego świata już nie ma, to świat stworzony przez sztukę, który mam nadzieję zostanie z Państwem jako obraz tamtej Warszawy.

Na obraz tej Warszawy złożyło się kilka miejsc w Polsce…

Tak, zdjęcia powstawały w Warszawie, Łodzi, Modlinie, Świebodzicach, Walimiu i Wrocławiu. Produkcja była niezwykle skomplikowana logistycznie. Zaplanowaliśmy ponad 60 dni zdjęciowych, ale ponieważ musieliśmy często zmieniać lokalizacje, wyszło tych dni zdjęciowych ponad 80. Wraz z nami przemieszczały się broń, wszelkiego rodzaju pojazdy bojowe, w tym słynna Pantera, która swoją bazę w Gdańsku opuszczała aż czterokrotnie.

Nie mogę przy tej okazji nie docenić nadzwyczajnej pracy scenografów. Z reguły okres przygotowawczy do filmu trwa 3-4 miesiące, a tymczasem tutaj dwie ekipy scenograficzne pracowały niestrudzenie przez cały rok! To samo dotyczy kostiumów – sprowadzano je z Niemiec, z Czech czy Paryża. Sztab ludzi wykonał nadludzką pracę i ten efekt widać na ekranie.

Dlaczego zdecydowaliście się postawić na młodą, mało znaną obsadę?

To była bardzo przemyślana, ale wcale nie taka oczywista decyzja. Postawiliśmy na twarze mało znane, wierząc, że one właśnie dodadzą filmowi świeżości, młodości. Poza tym z nieznanym aktorem łatwiej utożsamić się widzowi. Wierzę, że ten film ośmieli innych twórców, by obsadzali w swoich filmach aktorów mniej popularnych.

Nie można przy tej okazji nie wspomnieć o setkach ludzi z grup rekonstrukcyjnych i w ogóle statystach, którzy znaleźli się na planie filmu dzięki naszemu internetowemu castingowi. Naszym celem było przełamanie sposobu myślenia o Powstaniu jako o wydarzeniu lokalnym, które jest ważne tylko dla Warszawiaków. Z całej Polski zgłosiło się kilka tysięcy chętnych, najlepsi zagrali w filmie. W sumie na planie przewinęło się, choćby tylko na sekundę, kilka tysięcy osób.

Co pan czuł, gdy po tych 8 latach przygotowań zdjęcia wreszcie ruszyły?

Pierwsze emocje, które dominowały, to napięcie i lęk, czy to wszystko na pewno się uda. W końcu najróżniejsze zdarzenia i sytuacje mogły opóźnić produkcję. Największe sceny kręciliśmy w Świebodzicach, które wcieliły się w nasz Czerniaków, byliśmy wtedy mniej więcej w połowie zdjęć, więc miałem w sobie dużo większy spokój i tam dopiero odczułem, że robimy coś naprawdę niezwykłego. Niesamowity film, jakiego w Polsce jeszcze nie było. Wtedy przyszedł czas na radość.

Kiedy zobaczyłem zaproszonych na plan prawdziwych Powstańców, którzy wspierali nas swoimi spostrzeżeniami i doradzali, tym mocniej poczułem, jak wielka odpowiedzialność na nas spoczywa.

Czy są konkretne powody, dla których postanowił pan jako producent podjąć temat Powstania Warszawskiego

W mojej rodzinie zarówno od strony ojca, jak i matki, byli powstańcy, którzy polegli. Niestety rodzina może się tylko domyślać, w jakim rejonie zginęli, czy bliżej Starówki, czy w rejonie PASTy. Co roku odwiedzamy symboliczne groby na Powązkach. Tak się to jakoś ułożyło, że najpierw był „Katyń”, potem „Czas honoru”, „Jutro idziemy do kina”, a teraz „Miasto 44”. Mam poczucie, że oddałem hołd wszystkim, którzy zginęli w czasie II wojny światowej i tym ostatnim filmem kończę ten etap mojej twórczości producenckiej

Czego współczesny widz może spodziewać się po „Mieście 44”?

Młody widz pójdzie do kina na młodych aktorów, na film wojenny z niesamowitymi efektami specjalnymi. Początkowo temat filmu może nawet nie być dla niego najważniejszy. Dopiero oglądając film utożsami się z bohaterami, z całą pewnością nie pozostanie obojętny i wewnętrznie będzie musiał zmierzyć się z pytaniem: co ja bym zrobił na ich miejscu?

Z kolei Powstańcy, którzy wiedzieli film podczas pierwszych pokazów byli absolutnie zachwyceni, utożsamili się z nim i to jest nasz olbrzymi sukces. W tak nowoczesnym filmie odnaleźli swoją przeszłość, swoją tożsamość, swoje emocje. „Miasto 44” jest filmem nowoczesnym nie tylko ze względu na użyte w nim efekty specjalne, ale też przez fakt, że łączy pokolenia.

Podstawą tego sukcesu jest to, że Janek Komasa zrobił go z olbrzymim szacunkiem dla Powstańców, dla prawdziwych bohaterów tamtych wydarzeń. Mam nadzieję, że zostanie to docenione. Mam też nadzieję, że ta nadzwyczajna atmosfera, w której powstawał film, to poczucie wyjątkowości, udzieli się widzom.

Materiały: Kino Świat



Wpisz swoją opinię:

Przepisz tekst z obrazka: Obraz CAPTCHA
Podpis:
Opinie:
Ten artykuł nie posiada jeszcze żadnych opinii.