Film z Patrickiem Bruelem i Sophie Marceau bije rekordy popularności!

2015-03-17 11:10

Piękna Sophie Marceau ponownie uwodzi seksapilem, tym razem jako nimfomanka w uwielbianym przez Francuzów „Seks, miłość i terapia”. W samej Francji najnowszy film Tonie Marshall – zdobywczyni Cezara za „Salon piękności Venus” – zobaczyło blisko milion widzów!

Notoryczny uwodziciel Lambert (Patrick Bruel) próbuje zmienić swoje życie i wyleczyć się z uzależnienia od seksu. Jednak jego plany zostają poddane trudnej próbie. Pechowiec nieświadomie zatrudnia jako partnerkę w gabinecie terapii dla par… nimfomankę. Judith (Sophie Marceau) straciła poprzednią posadę, gdyż zaciągała do łóżka (i innych miejsc) wszystkich klientów firmy. Teraz bierze sobie na cel Lamberta. Czy erotoman na odwyku i nimfomanka mogą nawiązać romantyczną relację?

WYWIAD Z SOPHIE MARCEAU 

Tonie Marshall wyznała mi, że wahała się zaproponować Pani rolę Judith. 

Wiem i nie rozumiem, dlaczego reżyserzy krepują się, żeby do mnie zadzwonić! Poważnie, nawet mój agent miał wątpliwości, czy zainteresuje mnie ten scenariusz. A ponieważ jego autorką jest Toni Marshall, chciałam go przeczytać i nieźle się bawiłam. Podobało mi się napięcie w tej historii, gdzie mamy do czynienia z nieco gorącym tematem, który wywraca reguły komedii. To była okazja, aby w lekki i prosty sposób sprawdzić się w czymś całkiem dla mnie nowym. Judith jest kobietą, która akceptuje swoje fobie, nie sprawiając przy tym wrażenia neurotyczki. Tonie porusza ten temat z niezwykłym wdziękiem, a film daje dużo powodów do śmiechu: opowiada o pewnych pozorach, ale również o relacji z innym człowiekiem, o uwodzeniu… W filmie z bardziej klasyczną fabułą, Judith i Lambert poszliby szybko do łóżka, a ich historia trwałaby bez wątpienia nie dłużej niż dwa dni. Tutaj sytuacja nieco się komplikuje.  

Mówi Pani o pewnych stereotypach: często proponowano Pani role romantyczne lub glamour. Czy grając Judith, bawił Panią jej wizerunek? Kobiety, która w pełni i w dosyć bezpośredni sposób czerpie radość ze swojego życia seksualnego?

Uwielbiam ten styl, tak jak wtedy gdy James Huth w „Un bonheur n’arrive jamais seul” („Szczęście nigdy nie przychodzi samo”) kazał mi kilka razy pod rząd upadać na ziemię. Im bardziej komedia zbliża się do burleski, tym lepiej; kocham wszystko, co oddala mnie od rzeczywistości.

Czy wzrusza Panią postać Judith? Czy ma Pani z nią coś wspólnego? 

A priori, jest mi dosyć odległa. To osoba, która niczym się nie przejmuje, przyjmuje wszystko takim, jakie jest. Nie pozwala sobie na dramatyzowanie czy przeżywanie nieszczęścia. A biorąc pod uwagę historię tragicznej miłości swoich rodziców, miałaby do tego prawo. Ona tego nie robi i ucieka w swoje fobie. Robi to jednak bez żadnej agresji, w pełni akceptując tym, kim jest. Ta beztroska jednak kończy się, gdy poznaje Lamberta, który żyje inaczej niż ona. Nie daje się wciągnąć w jej grę, co ją zastanawia, ale ona wciąż działa w dobrej wierze. Ostatecznie, to doświadczenie nauczy ją kochać w inny sposób. Musimy zgodzić się co do sedna sprawy: Judith ma jakiś problem. Jeśli ktoś potrzebuje pięciu partnerów dziennie, gdzieś brakuje uczucia. Mogłaby zajadać się słodyczami, brać narkotyki, ale ona jest uzależniona od seksu! Ten nałóg ją uspokaja, dobrze na nią działa… To postać, która rzeczywiście na swój sposób mnie rozczula. Widzę w niej beztroską dziewczynkę, która nigdy się nie złości, nie jest zgryźliwa ani zepsuta. 

Sposób, w jaki ubiera się Judith w „Seksie, miłości i terapii” jest szczególny, przemyślany: te przylegające do ciała ubrania… Czy to pomogło Pani w budowaniu postaci? 

Tak, to bardzo ważne. Gdy bohater pojawia się na ekranie po raz pierwszy, widać tylko jego kostium. To on zdradza, jaka będzie ta postać. Niczym w prawdziwym życiu.Judith jest kobietą, która chce się pokazać, dlatego ubiera się tak, jakby ubranie było jej drugą skórą, która niczego nie zakrywa. Swobodnie czuje się w swoim ciele, jej wygląd, figura jest formą komunikacji. Ważne, że jej styl nigdy nie jest wulgarny. Wręcz przeciwnie: jest pełen kolorów przywołujących wspomnienia z dzieciństwa: jak kolor kwaśnych cukierków, czerwonej lemoniady czy świeżej mięty. 

Prawdę mówiąc, film wielokrotnie zahacza o świat oniryczny, poetycki. 

Tak, rzeczywiście, w filmie pojawia się kilka surrealistycznych lub też nieprawdopodobnych momentów, ponieważ Tonie wprowadziła sceny, które rozgrywają się w snach lub przywidzeniach bohaterów. Judith żyje w świecie, gdzie ważną rolę odgrywa dotyk, cielesność. Obraz nagich mężczyzn, przywołany jednym skinieniem głowy, uspokaja ją niczym pluszowa maskotka. To może wydawać się dziwne, ale to jej azyl, schronienie. W zasadzie każdy z nas ma takie miejsce, niektórzy w głowie, ale to sposób, aby nie pogubić się, nie zatracić punktu odniesienia. Scena z mężczyznami przebranymi za zwierzęta pokazuje jej wyobrażenie
o świecie. Te olbrzymie, pluszowe bestie mówią do niej łagodnym głosem, bez społecznych czy autorytarnych uprzedzeń.

Jak pracowało się Pani z Toni Marshall? 

Byłam zachwycona, że mogę ją poznać. To osoba bardzo autentyczna, bezpośrednia, która dba o wszystko. Toni ma niezwykłą potrzebę przekazania historii, a aktorzy jej w tym pomagają. Uwielbiam ludzi, którzy, tak jak ona, żyją w zgodzie ze swoimi emocjami. To pozwala zbliżyć się do aktorów. Toni jest wspaniałą aktorką i wiele razy mówiłam jej, że mogłaby odegrać wszystkie role w swoim filmie, a my byśmy ją tylko naśladowali.

Bardzo lubię, gdy reżyser posiada tę umiejętność i tę wewnętrzną harmonię, bo to bardzo prawdziwe. Buddyści mawiają, że nie ma rzeczy dobrych czy złych, są jedynie rzeczy słuszne i to świetnie pasuje do Tonie.

Widać z Pani dorobku filmowego, że reżyserki grają tu ważną rolę: Diane Kurys, Véra Belmont, Pascale Pouzadoux, Laure Duthilleul, Marina de Van, oczywiście Lisa Azuelos i teraz Tonie Marshall. 

Bardzo lubię pracować z kobietami. Bez wątpienia dużo swobodniej czują się w tematyce cielesności, emocji czy psychologii. Mężczyzna traktuje te kwestie bardziej syntetycznie, skupia się na konstrukcji. W zasadzie, zawód reżysera jest bardzo związany z tematem kobiecości i męskości. Wymaga dyscypliny (ponieważ reżyseria to również ciężka praca fizyczna) i wyobraźni (bo dotyka sfery uczuć). Muszę przyznać, że spotykałam zarówno bardzo kobiecych reżyserów, jak i męskie reżyserki, lecz to co się koniec końców liczy to kontakt z człowiekiem. Najważniejsze, co reżyser lub reżyserka ma w głowie i w sercu. Poza tym nie ma różnicy.

Pani również reżyseruje. Czy nie myślała Pani, by ponownie zasiąść po drugiej stronie kamery?

Tak, ale muszę najpierw znaleźć dobry, chwytliwy temat. Tyle filmów jest teraz produkowanych i nie chodzi tylko o to, żeby zrobić kolejny z nich. Ostatnio dużo grałam, a ponieważ musisz być wówczas całkowicie do dyspozycji reżysera, niestety trudno to połączyć z reżyserią. I musi upłynąć trochę czasu, aby przejść do drugiego zajęcia. Porównałabym to do rękawiczki, którą trzeba przewrócić na drugą stronę. Nie pozwalam tkwiącej we mnie reżyserce na krytykę granej postaci. Oczywiście, należy czerpać z dotychczasowego doświadczenia, temperamentu, ale przede wszystkim zaakceptować, że teraz, tutaj, rządzi ktoś inny.

Przejdźmy do współpracy z innymi aktorami. Proszę opowiedzieć o swoim spotkaniu z Patrickiem Bruelem.

To prawda, że zaczynaliśmy karierę w tym samym czasie. Należeliśmy do małej grupy aktorów i piosenkarzy, którzy mijali się szukając swojej drogi. Każdy poszedł w swoją stronę i to niezwykłe spotkać się ponownie. Jesteśmy dorośli, mamy dzieci, krótko mówiąc jesteśmy odpowiedzialni i zabiegani! Mam dużą słabość do Patricka i ogromny podziw dla artysty, którym jest.

A jak to jest widzieć go w roli Lamberta, bohatera tak różniącego się od niego prywatnie?

Zdałam sobie z tego sprawę dopiero po obejrzeniu gotowego filmu. Podczas kręcenia scen widziałam, że wkłada w swoją rolę ogromnie dużo pracy. Zostawiłam go w spokoju, należy uszanować wszystkie dylematy aktora. Oczywiście, na ekranie jesteśmy partnerami, ale nasi bohaterowie różnią się od siebie. Myślę, że sposób, w jaki pracował Patrick dużo wniósł do relacji Lamberta i Judith w filmie.

Gra Pani w jednym lub dwóch filmach rocznie, ale dostaje dużo więcej scenariuszy. W jaki sposób dokonuje Pani wyboru?

Od zawsze kieruję się sercem, nie mam na to żadnej strategii. Jestem przekonana, że to zależy od momentu w twoim życiu, czy w danej chwili masz potrzebę wyrażenia siebie. Grasz, gdy masz 20 lub 25 lat, później zostajesz mamą lub rozstajesz się z ukochaną osobę: przesiąkasz wszystkim tym, co przeżywasz i niektórzy reżyserzy są w stanie to wyłapać. Kino dużo czerpie ze spontaniczności, chęci i dwóch stanów umysłu, które się przeplatają – reżysera i aktora. 

Jakie ma Pani plany po zakończeniu „Seksu, miłości i terapii”? 

Mam bardzo dużo różnych pomysłów. Chciałabym, żeby ktoś zabrał mnie do sfery bardziej pierwotnej, prymitywnej, cielesnej. Chciałabym zatracić się w niej. Ale musiałby to zrobić reżyser, który zakwestionuje i wymaże wszystko to, czego się już nauczyłam, co wiem. Chciałabym odnaleźć smak tego, co pierwsze, zaskakujące. 

WYWIAD Z PATRICKIEM BRUELEM 

Kim jest Lambert, postać, którą gra Pan w filmie? 

Nazwałbym go seksoholikiem na odwyku. Przez 11 miesięcy powstrzymywał się od seksu. Sprawa jednak komplikuje się, gdy odchodzi jego wspólniczka, z którą dzielił gabinet terapii dla par… Na nieszczęście dla niego na jej miejsce przychodzi Sophie Marceau! Judith to młoda, wyzwolona kobieta, która bez żadnych zahamowań prowadzi bogate życie seksualne. Lambert, nie podając powodu, będzie musiał odrzucić jej zaloty. 

Nie przyjmuje Pan wielu propozycji filmowych. Co ujęło Pana w propozycji Toni Marshall? 

Sama Tonie Marshall! Uwielbiam to, co robi, jej osobowość. Podobał mi się sposób, w jaki poprowadziła nasze spotkanie i rozmowa na temat scenariusza. To reżyserka, która kieruje się instynktem, a ponieważ sama gra, potrafi słuchać innych aktorów. Tonie ma swój styl, swój porządek, zdałem sobie z tego sprawę po obejrzeniu już gotowego filmu. Dostrzegłem momenty, które umknęły mi podczas kręcenia filmu, których w ogóle się nie spodziewałem. Tonie bardzo zręcznie bawi się elementami historii, która budzi sympatię, z jednej strony nieco cierpkiej, ale też wzruszającej. No i obecność Sophie… nawet jeśli zgodziłem się zagrać w filmie zanim otrzymała tę propozycję.

Zdaje się, że to Pan zasugerował Tonie jej nazwisko?

Tak, Tonie zrobiła listę wszystkich potencjalnych do tej roli aktorek. Powiedziałem jej, że zapomniała o jednej i to bardzo znanej! Nawet nie śmiała pomyśleć o Sophie. Szybko wysłała jej jednak scenariusz, a Sophie zgodziła się już następnego dnia. Dla nas to była doskonała okazja, aby spotkać się ponownie na dużym ekranie.

Czy to oznacza, że mieliście już okazję grać razem?

Tak, mieliśmy wiele wspólnych projektów począwszy od „Prywatki 2”, w której w końcu nie zagrałem, ponieważ „nie byłem obiektem marzeń młodych dziewczyn”. Mieliśmy kilka przedsięwzięć, które zakończyły się fiaskiem, ale spotkaliśmy się w 1999 roku w Stanach Zjednoczonych w filmie Jeffa Pollacka „Zagubione znalezione” („Lost & Found”), gdzie grałem rolę drugoplanową. Do spotkania na pierwszym planie doszło podczas zdjęć do „Seksu, miłości i terapii”. Myślę, że dla nas obojga to był wspaniały czas i cieszę się, że tak dobrze się rozumieliśmy. Bardzo podziwiam Sophie, a w tym filmie jest naprawdę zachwycająca.

Czy bawiło Pana, który ma raczej wizerunek uwodziciela, odgrywanie postaci tłumiącej pożądanie?

Oczywiście, to było dosyć skomplikowane… opierać się Sophie Marceau przez osiem tygodni…

Czy ta postać Pana wzrusza?

Tak, ponieważ kryje w sobie jakieś cierpienie. Jego życie osobiste jest przeciętne, ale historia rodzinna, jak się okazuje, to po prostu tragedia! Na ogół zawsze wybieram bohaterów, których wady mnie poruszają, bo dzięki temu intrygują, przechodzą metamorfozę.

W jaki sposób przygotowywał się Pan do roli? Czy spotkał się Pan z osobami uzależnionymi od seksu albo z terapeutami par?

Nie, ponieważ było to dosyć dobrze opisane w scenariuszu. Mówiąc ogólnie, uważam, że przygotowania aktorów do roli to ich sprawa, bardzo osobista i jestem czasami zaskoczony, wręcz skrępowany, kiedy ktoś mi to zdradza. To praca, która powinna pozostać niewidoczna. To co się liczy, to końcowy efekt na ekranie.

Oczywiście, są wyjątki, jak w przypadku przygotowań De Niro do „Wściekłego byka”, ale przy postaci Lamberta to naprawdę zbyteczne! Może oprócz sceny hokeja na lodzie, pewnie rzeczywiście powinienem więcej czasu poświęcić na treningi.

Gdy ogląda się jeden z ostatnich Pana filmów jak „Imię” czy „Les yeux jaunes des crocodiles”, widać, że to nie tylko komedia, ale że kryje się za tym jakaś istotna, bardziej znacząca historia. W „Seksie, miłości i terapii” to na przykład kryzys w związku, czy walka z namiętnością.

To gatunek, który zawsze opowiada o pożądaniu, o relacjach między ludźmi, o bezradności! Ten film to komedia obyczajowa, gdzie poruszane są problemy życia codziennego dwojga ludzi, przedstawione oczywiście w nieco karykaturalny sposób, ale myślę, że to bliskie temu, co dzieje się za drzwiami gabinetów terapeutycznych. Poza tym, nie doszukiwałbym się jakiegoś podłoża socjologicznego w historii Judith i Lamberta.

Mimo wszystko, ta para próbuje zbudować coś w czasach, gdy prawo do szczęścia, do wolności, czy zadowolenia jest raczej ograniczone, prawda?

Tak, rzeczywiście tak jest. Na przykład sposób, w jaki postać Sophie czerpie ze swej seksualności (ciesząc się po prostu chwilą), mówi o pożądaniu, o swoich potrzebach… Ten nieprzeciętny styl życia może sprowadzać problemy w społeczeństwie, które nie jest na to gotowe. To odwieczny spór o to, aby „każdy robił, co mu się podoba” pod warunkiem, że nikomu nie przeszkadza i że w grę nie wchodzą uczucia, a to zdarza się w filmie. W tym znaczeniu Sophie przechodzi wyjatkową metamorfozę.

Mój bohater zresztą też.

Kilka słów o roli filmowej matki granej przez Sylvie Vartan?

To dosyć zabawne grać z kobietą, która (nie pamiętam już jak ani dlaczego), gdy miałem pięć lat, wzięła mnie na kolana. To działo się podczas koncertu w Pietroso na Korsyce. A teraz gra moją mamę… Sylvie ma klasę
i osobowość: to była ogromna przyjemność spotykać ją podczas kręcenia wspólnych scen.

Jest Pan bardzo zajętym artystą. Kino to jedno z wielu Pańskich zajęć. W jaki sposób wybiera Pan role filmowe?

Miałem szczęście niejednokrotnie odnosić sukces jako aktor i to prawda, że po ważnym dla mnie filmie „Imię” posypały się kolejne propozycje. Dostaję do przeczytania wiele scenariuszy i bardzo mi to schlebia. Za każdym razem oczekuję, że historia mnie poruszy, poczuję drżenie, to moje jedyne kryterium wyboru. Poza tym, chciałbym pracować z wymagającymi i zaufanymi reżyserami, dzięki którym będę mógł się czegoś nauczyć, sprawdzić się lub też z młodymi, którzy proponują mi rolę w swoim pierwszym filmie, co zawsze bardzo mnie wzrusza… Chciałbym, żeby ktoś sprawdził mnie w filmie nie patrząc na moje zachcianki, czy wyobrażenie.

Czy odczuwa Pan czasami frustrację, że nie może częściej grywać w kinie ?

Tak, oczywiście, ale oddaję się wtedy po prostu innym, ważnym sprawom. Postanowiłem nie rezygnować z żadnej z moich pasji. To niesłychane, ile radości sprawia mi kariera muzyczna. Kto by z tego zrezygnował? To moje najlepsze tournée. Nie spodziewałem się, że będzie to trwało tak długo, intensywnie i że tyle zobaczę. Po koncertach w Europie, jesienią czekają koncerty w Stanach Zjednoczonych, później w Rosji, a nawet w Afryce…

I kolejne filmy…

WYWIAD Z TONIE MARSHALL

Pani ostatni film „Szachrajstwo” miał premierę w 2008 roku. Ponad sześć lat później pojawia się „Seks, miłość i terapia”. Sześć lat to dosyć długo…

Doskonale o tym wiem, ale w tym czasie bardzo ciężko pracowałam. Początkowo jako producentka i showrunner serialu „Wenus i Apollo” dla telewizji Arte, a było to bardzo czasochłonne przedsięwzięcie. W tym samym czasie pisałam scenariusz do filmu „Noce de cristal” („Kryształowe wesele”) z Gérardem Depardieu. Zrezygnowano jednak z jego produkcji po kilku tygodniach kręcenia zdjęć. To był dosyć mroczny film, odbiegający od konwencji komedii i mieliśmy niemało problemów z jego realizacją, bez wątpienia również dlatego, że to trudny czas dla kinematografii. Postanowiłam zająć się nieco lżejszym gatunkiem. Jednak napisanie scenariusza, casting i kwestie finansowe – to wszystko bardzo długo trwa!

Skąd pomysł na taki film?

Na początku myślałam o serialu telewizyjnym w 26-minutowych odcinkach. Ta forma bardzo mi odpowiada, zwłaszcza w przypadku komedii, bo pozwala z bliska przyjrzeć się bohaterom. Chciałam pokazać historię dwojga ludzi pogubionych w uczuciach, zdominowanych przez swoje libido, którzy poznają się w gabinecie terapeutycznym dla par.

Mimo że ich życie uczuciowe było prawdziwą katastrofą, w pracy odnosili same sukcesy. Dlatego gdy się spotkali, mimo pociągu fizycznego, nie pozwolili sobie na nic więcej. Oczywiście, im większe było napięcie między nimi, tym bardziej efektywni byli dla swoich pacjentów. Stacja telewizyjna zrezygnowała jednak z tego projektu. Zostałam z bogatym i ciekawym materiałem, łatwym, jak mi się wydawało, do przeniesienia na duży ekran.

Związki, relacje damsko-męskie to temat stale powracający w Pani twórczości.

Tak czy inaczej w komedii to damsko-męskie przekomarzanie jest niezwykle inspirujące. Miłość to najsilniejsze i jednocześnie najbardziej skomplikowane uczucie. A im bardziej skomplikowane, tym lepiej! Z jednej strony poddajemy się terrorowi miłości, chcemy ją przeżyć, ale nie poddając się do końca uczuciu. To jest akurat bardzo francuskie podejście.

Zwracanie się do siebie per „Pan/Pani” to według mnie dosyć komiczny zabieg w dialogach, przywołujący na myśl gatunek komedii, w której pary rozstają się, by ponownie się spotkać. To jednocześnie angielskie „you”
i forma rodem z XVIII wieku. Pisząc scenariusz do „Seksu, miłości i terapii” zdałam sobie również sprawę, że Judith i Angela z „Salonu piękności Venus” mają ze sobą coś wspólnego: rodziców poturbowanych życiowo, których los wpływa na życie uczuciowe córki, mimo że ta nie zdaje sobie z tego sprawy. Miłość może wiązać się z ryzykiem. Nasze dzieciństwo wpływa na całe nasze życie, również na to, co i jak czujemy…

To film, który formą przypomina nieco baśń sentymentalną, ale porusza również bardziej skomplikowane tematy jak pożądanie, upokorzenie, odrzucenie, tajemnica, powściągliwość…

Dokładnie! I gdyby nie ta dzisiejsza obsesja, by za wszelką cenę być nowoczesnym, powiedziałabym nawet, że to komedia obyczajowa. Fascynuje mnie życie innych ludzi: dużo o nich czytam, lubię odkrywać ich nieprawdopodobne sekrety. Ich historie są dużo bardziej pogmatwane niż się to wydaje na pierwszy rzut oka. To wszystko pobudza moją wyobraźnię. W filmie konfrontuję dwoje ludzi ze złożonymi przypadkami pacjentów pełnych frustracji, którzy potrzebują pomocy w życiu uczuciowym. Podobał mi się ten pomysł pokazania niczym w krzywym zwierciadle, tego co Judith i Lambert mogliby doświadczyć (lub nie) na co dzień. Nie ma skali, która pokazałaby nam jak bardzo, w momencie pojawienia się problemu, ludziom zależy na ratowaniu związku. Często rozmawiamy o rozwodach, przybranych rodzinach i wiemy, że takie rzeczy się dzieją. Rzadko jednak słyszymy o osobach, które, by wciąż być razem, decydują się na terapię. Pracując nad filmem, zdałam sobie sprawę, że co najmniej dwie moje przyjaciółki przeżyły taką historię. Bardzo często, zwłaszcza po wielu latach małżeństwa, pada pytanie o przyczynę zobojętnienia, braku pożądania,
czy odrzucenia.

Czy przygotowując się do filmu spotkała się Pani z terapeutami par?

Nie, ale zanim rozpoczęliśmy pracę nad scenariuszem zrobili to moi konsultanci: Sophie Kovess-Brun i Erwan Augoyard. We Francji instytucja terapii dla związków prawie nie istnieje, w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych. Znane są przykłady spraw Mastersów i Johnsonów, które toczyły się w latach 60. U nas, by wykonywać ten zawód, wystarczy jedynie dyplom. Wizyta nie jest droga, dlatego też nie ma takich gabinetów jak w filmie. Za to postaci pacjentów są jak najbardziej wiarygodne. Jestem przekonana, że istnieje wielu pacjentów z bardziej banalnymi historiami niż moi bohaterowie, ale z pewnością również tacy, których problemy są dużo bardziej złożone. Pokazuję np. przypadek bezrobotnego, który traci pożądanie do swojej żony, czy małżeństwa, które musi się rozwieść, aby wróciła wzajemna fascynacja i mogli pobrać się kolejny raz. Jestem pewna, że takie rzeczy się zdarzają!

Jednak poruszając taką tematykę, należy robić to z taktem. Bohaterowie filmu często używają dosyć mocnych słów, nigdy jednak wulgarnych.

Myślę, że bez względu na okoliczności czy bohatera, który je wypowiada, te ostre słowa w rzeczywistości nie mogą być wulgarne. Ten film dużo łatwiej byłoby „sprzedać”, gdyby opowiadał jedynie o problemach osób uzależnionych od seksu. Wolę jednak przedstawić ich jako parę niezdolną do uczuć. Judith nie zdaje sobie z tego sprawy, z beztroską oddaje się relacjom opartym na seksie, dopóki nie zacznie myśleć o związku. Lambert był pilotem samolotów pasażerskich, ale jego kariera zawodowa legła w gruzach z powodu licznych „przygód”. W końcu postanawia zmienić swoje życie i decyduje się na abstynencję seksualną.

Zmusza Pani aktorów, aby dali z siebie wszystko, odgrywając role, w których do tej pory ich nie widzieliśmy. Czy trudno było przekonać Sophie Marceau i Patricka Bruela do zagrania w Pani filmie?

Nie bardzo! Ale muszę przyznać, że na początku nie śmiałam zaproponować Sophie roli Judith z obawy, że odmówi… Od początku widziałam Patricka jako Lamberta. Miał ten ujmujący urok kobieciarza i pomysł, aby zagrał mężczyznę całkowicie zablokowanego na sprawy seksu wydał mi się dosyć ciekawy. To on przekonał mnie, aby podsunąć Sophie scenariusz, który… przeczytała i natychmiast zgodziła się zagrać w filmie! Od razu zrozumiała, że powinna utrzymać swoją bohaterkę w lekkiej, wesołej konwencji, w przeciwieństwie do postaci Patricka, który pogrążony we frustracji, musiał odkupić swoje grzeszki...

Aktorów trzeba umiejętnie prowadzić, podczas zdjęć filmowych spędza się z nimi dużo czasu. Jak było tym razem?

Naprawdę dobrze, mimo że Sophie i Patrick bardzo się od siebie różnią. Patrick Bruel jest zabiegany i bardzo zajęty: kiedy gra, robi to na 100 procent, ale szybko oddaje się innym zajęciom: on ma tyle obowiązków! Sophie Marceau bardzo starannie i entuzjastycznie przygotowywała swoją postać, dosyć różniącą się od jej poprzednich bohaterek, ale mimo braku czasu mogliśmy zrobić wiele prób. Doskonale wszyscy się rozumieliśmy, między nimi była chemia i dzięki temu nakręciliśmy naprawdę świetne sceny.

Regularnie zaprasza Pani gwiazdy do swoich filmów (Catherine Deneuve, Nathalie Baye, François Cluzet…). Muszą się one zmierzyć się z innymi niż do tej pory rolami …

Gdy kręciłam film z François Cluzetem, nie był jeszcze gwiazdą! Aktor, który chce się sprawdzić w innym niż dotychczas repertuarze, to dla mnie zawsze inspirujące doświadczenie, ale nie zawsze mi na tym zależy. Muszę przyznać, że oni sami często wychodzą z taką propozycją! I nawet jeśli
nie chodzi o zmianę o 180 stopni, często chcą spróbować czegoś nowego, wyjść poza swoje komediowe role.

Pomówmy o rolach drugoplanowych w „Seksie, miłości i terapii”. Zacznijmy od bohaterki matki Patricka Bruela granej przez Sylvie Vartan.

Grałam z Sylvie w sztuce teatralnej „L’amour, la mort et les fringues” w reżyserii Danièle Thompson. Sylvie to wielka osobowość. Ma charakter, czasami może się wydawać zupełnie nieobecna, zaskakująca, ale zawsze jest bardzo serdeczna i uwielbiam to w niej! Myślałam już wcześniej, aby obsadzić ją w tej roli i gdy Patrick zgodził się zagrać Lamberta, zestawienie ich ze sobą stało się po prostu oczywiste…

A André Wilms, który zagrał wuja Sophie Marceau?

Uwielbiam go, również w życiu prywatnym. Ma ważną cechę, która pasowała do jego bohatera. Potrafił być ciepły, ale również czasami krytyczny dla swojej siostrzenicy… Myślę, że ich relacja, mimo że dosyć trudna, to jeden z ciekawszych elementów w tym filmie. Cenię wszystkie role drugoplanowe: Laurent Heynemann grający animatora grupy anonimowych seksoholików, z tym swoim pedagogicznym rysem, który doskonale pasuje do roli. Jak zawsze zabawny François Morel jako ojciec chrzestny Lamberta, który wspiera go w abstynencji seksualnej. Oraz inni aktorzy, również ci w rolach pacjentów…

Nie zdradzając zbyt dużo z fabuły filmu, należy jeszcze wspomnieć o wielkim aktorze, który pojawia się w ważnym i niezwykle wzruszającym momencie.

Tak, to scena, w której Judith, czując pożądanie do Lamberta, zaczyna rozumieć, że chyba się w nim zakochuje. To ją przeraża, idzie do baru i siada obok aktora, którego nie rozpoznaje. Ta scena była w scenariuszu od samego początku, ale to, co się wtedy wydarzyło przeszło moje najśmielsze oczekiwania.

Ten film, jak zostało powiedziano na początku naszej rozmowy, przypomina baśń, dzięki onirycznym, niezwyczajnym scenom, które wyobraża sobie Judith.

Judith to kobieta, która widzi to, co chce widzieć, bo… tak chce! Rozbiera mężczyzn jednym skinieniem głowy, to wprowadza ją w dobry nastrój, pobudzą ją. W momencie, kiedy jej strategia nie działa na Lamberta, a ona uświadamia sobie, co do niego czuje, zaczyna rozumieć, że nie chodzi tylko i wyłącznie o pożądanie. Próbuje bronić się przed uczuciem, wyobraża sobie innych mężczyzn nago, ale (i to za sprawą miłości) widzi ich nieco inaczej.

Na początku wyznała Pani, że wyprodukować film i przewidzieć, jak zostanie on przyjęty przez widzów, to dosyć skomplikowana sprawa. Jak ocenia to Pani z punktu widzenia reżyserki?

Po pierwsze, nie uważam, żeby płeć odgrywała tu rolę. Należę do pokolenia kobiet, które miało wiele możliwości, aby sprawdzić się w reżyserii. W porównaniu do sytuacji w Stanach Zjednoczonych, czy w innych częściach świata, zawsze wiodłyśmy prym w tej dziedzinie, choć oczywiście nie powinnyśmy osiąść na laurach.

A wracając do pytania, zauważyłam, że teraz dużo częściej komedia opiera się na pomyśle, nie na formie. Na przykład dialog często zbudowany jest na zasadzie „haka”, który ma przybić interlokutora i widza do ściany. To inny sposób na rozśmieszenie widowni… Ale to, co najbardziej lubię w dialogach to przedstawienie rzeczy i dźwięków za pomocą słów, ich siły i czarowi, a wspomniany „hak” to inna sprawa. Mieliśmy niezły ubaw z Nicolas Mercier, który pracował ze mną przy dialogach.

Z komedii, które ostatnio rozbawiły mnie i pozytywnie zaskoczyły mogłabym wymienić „Tout ce qui brille”, „Radiostars”, „Guillaume et…”, „9 mois ferme”, czy „Dans la cour” („We dwoje zawsze raźniej”) – wszystkie są zabawne, oryginalne, wzruszające, krótko mówiąc: wyróżniają się.

Gdy „Seks, miłość i terapia” w końcu wejdzie do kin, już przestanie być Pani własnością. W jaki sposób Pani przeżywa moment, gdy film zaczyna żyć własnym życiem?

To mnie przeraża! Mam ogromną ochotę podzielić się nim z innymi ludźmi, ale to też takie trudne… Więź z publicznością to złożona sprawa. Często zastanawiam się, czy pewne elementy nie zmylą widzów, ale podejmuję ryzyko i zostawiam je do końca. Film to zbiór wszystkich scen, to ponad 2-3 lata życia i ta świadomość, że pewnego dnia wszystko się rozegra, wszystko się skończy jest nieludzka, okropna!

Materiały: Kino Świat



Wpisz swoją opinię:

Przepisz tekst z obrazka: Obraz CAPTCHA
Podpis:
Opinie:
Ten artykuł nie posiada jeszcze żadnych opinii.